POD PRĄD - światu, religii i tradycji. W poszukiwaniu Boga, prawdy i nadziei.
  ELEKTRYZUJĄCE WIEŚCI: bliska relacja z Bogiem bez dewocji i religijności. O czym się nie mówi? Historia kościoła i nieznane fakty,
tradycje świąteczne z perspektywy Biblii, kult maryjny i świętych, relikwie, dogmaty, zmieniony Dekalog, doktryny, czyściec i nie tylko.
 
           
                      Wybierz interesujący Cię temat:    
           
                    Fakty i mity, czyli wiara Polaków naprawdę i w liczbach    
                    Stare i Nowe Przymierze. Czy trzeba zapracować na zbawienie i życie wieczne?    
                    Żywa relacja z Bogiem - na czym polega?    
                    Ofiara Jezusa, jako najdoskonalsza i w pełni wystarczalna dla naszego życia    
                    Jego ranami jesteśmy uzdrowieni - świadectwo Kasi    
                    Finanse w życiu chrześcijanina - wyzwania i oczekiwania    
                    Dlaczego na próżno oczekiwać globalnych przemian w Kościele?    
                    Czy można być dobrym człowiekiem?    
                    Uzdrowienie z alergii - świadectwo Mikołaja    
                    O bezmyślnym kultywowaniu tradycji    
                    O dobrze pojętej jedności i ekumenii w Kościele    
                    Niewygodne fakty, czyli czarna karta w historii Kościoła    
                    Polska rzeczywistość - religia nieświadomości    
                    U Boga nie ma przypadków, czyli jak poznałem swoją "drugą połowę"?    
                    Uzdrowienie niepłodności - świadectwo Justyny i Mikołaja    
           
           
             
   
Ilu jest (ile procent) katolików w Polsce? Fakty i mity, czyli wiara Polaków naprawdę i w liczbach, a ponadto o tym jak to zmienić.
   
     

Kiedy zadasz przypadkowej osobie na ulicy pytanie "czy jesteś wierzący?", możesz mieć niemalże 90-cio procentową pewność uzyskania odpowiedzi na "tak". Z pozoru wygląda więc na to, że statystyki nie kłamią i nasz kraj faktycznie wyróżnia się tu, na tle laickiej Europy. Z drugiej strony nietrudno zauważyć, że na co dzień ludzie niechętnie mówią o swojej duchowości. Okazuje się, że co innego jest spytać kogoś o wiarę ogólnie, a co innego skonkretyzować, o kogo dokładnie chodzi. Podczas gdy u niejednego gęsia skórka pojawia się na słowo "Bóg", to już na pewno powszechną reakcję alergiczną wywołuje imię "Jezus". Poza murami kościoła, jest to temat tabu. O wierze w naszym kraju w zasadzie się nie mówi. A kto by próbował, może być raczej pewien, że ten temat rozmowy zostanie szybko urwany. Otrzymujemy więc dwa zupełnie sprzeczne ze sobą komunikaty. Czemu dać zatem wiarę? Odpowiedź kryje chyba stare porzekadło, mówiące o teorii, która sprawdza się lub nie sprawdza się w praktyce... W tym przypadku, rzeczywistość nie daje statystykom żadnej możliwości obrony. Nawet Episkopat Polski przyznaje się w publikowanych danych, do malejącej z każdym rokiem frekwencji podczas mszy. Skąd zatem biorą się tak "nadmuchane" wartości?
 

Z pewnością jest to wynik ogromnej liczby "nieaktywnych wiernych", pozostających w oczach statystyk wciąż Katolikami. Trudno to jednak dostrzec, kiedy wokół toczy się gra pozorów. Mowa tu o powierzchownej, pokazowej religijności i obchodzeniu świąt, tyle że zupełnie świeckich. Iluzji chrześcijań-
skiego państwa, sprzyja jeszcze jeden wielki sprzymierzeniec. Chrzest niemowląt, bo o nim mowa, będący zjawiskiem nie tyle religijnym, co masowym. W praktyce coraz rzadziej wyraża on bowiem czyjąkolwiek wiarę. Nie byłoby z tym jeszcze nawet takiego dużego problemu, gdyby nie fakt jednoczesnego włączania nieświadomego noworodka w poczet członków Kościoła Katolickiego. Obrząd ewidentnie łamie więc prawo do wolności wyznania, ale wrósł on w naszą kulturę tak mocno, że nie może mu stanąć na drodze nawet Konstytucja. Tym sposobem fikcyjny słupek procentowy stale rośnie, a wpisani raz do ksiąg chrztu parafianie, pozostają tam do końca życia. Nawet gdy od dawna nie praktykują już "wyniesionej z domu" religii. Pozostając przy temacie chrztu, poza problemem statystycznym, społecznym i prawnym, grzechem byłoby nie wspomnieć o jeszcze jednym, właściwie najważaniejszym aspekcie, czyli tym biblijnym. Jak było 2000 lat temu?
   
                 

Otóż w Piśmie Świętym, można przeczytać tylko i wyłącznie o chrzcie dorosłych, przez pełne zanurzenie w wodzie. Było to każdorazowo świadomym odwróceniem się od starego życia oraz wyznaniem wiary, że Jezus Chrystus jest Synem Bożym. Podług Słowa, chrzest wiąże się z przyjęciem Ducha Świętego oraz z otrzymaniem charyzmatów duchowych. Są to m.in.: dar poznania, uzdrawiania, mówienia językami (glosolalia), prorokowania, rozpoznawania duchów. Biblijnie, nie istnieje więc coś takiego jak przekazywanie wiary z pokolenia na pokolenie, a niczym innym jest właśnie chrzest noworodków. Przekazywać można co najwyżej religijne tradycje, one zaś NIE PROWADZĄ do żywej relacji z Bogiem. Mogą natomiast skutecznie ją uniemożliwiać. Pismo Święte mówi wprost, że każdy musi na nowo się narodzić i świadomie zdecydować o swojej przynależności do Jezusa. Warto dać wiarę w to, że wszystko, czego dowiadujemy się z Biblii, jest stale aktualne. Istnieje trafne powiedzenie, że Bóg nie ma wnuków, tylko dzieci. Wyznawcą Jezusa nie można się urodzić, ani stać się nieświadomie. Podążania za Nim, nie można się również w żaden sposób nauczyć. Aby zrozumieć przesłanie Ewangelii, konieczne jest najpierw odnowienie myślenia. Musimy odmienić spojrzenie na Kościół i nie myśleć o
 

nim jako o budynku, bo on mógłby nawet nie istnieć! Zarówno dla Jezusa, jak później Apostołów, nie były priorytetem miejsca spotkań. Duch Święty jest obecny wszędzie i nie można Go zamknąć w murach żadnej "świątyni". Nie powinniśmy traktować więc Boga jak nauczyciela, który sprawdza naszą obecność na niedzielnej mszy. Już czas żeby zapomnieć o smutnym siedzeniu w ławkach i zerkaniu na zegarek z myślą, kiedy wreszcie to się skończy... W przeciwnym razie, to wielkie godzinne poświęcenie, może być stratą czasu. Pamiętaj, że większym grzechem jest dla Boga obłuda, niż pozostanie w domu w zgodzie z własnym nastawieniem. Jezus najbardziej piętnował tych, którzy robili rzeczy bez przekonania i na pokaz. Chwalił natomiast grzeszników, u których widział otwarte serce i szczerość! Jeśli chcesz zacząć przygodę z Bogiem od nowa, powinieneś wymazać z pamięci większość utrwalonych od dziecka przekonań na Jego temat. Społeczność z Bogiem nie może być ograniczona w czasie i sprowadzać się do obecności na niedzielnej mszy. Mamy być naśladowcami Jezusa i mieć przez cały czas za wzór pierwszych chrześcijan. Czyniąc to co oni, mamy gwarancję i pewność, że czynimy to co słuszne. Sięgnijmy myślami do tamtych czasów. Czym była wtedy wspólnota
     
                 
     

wierzących? Z pewnością nie przypominała dzisiejszej parafii! Stanowili ją ci, którzy wyznali publicznie swoją wiarę w Jezusa, przez co stawali się najczęsciej ofiarami prześladowań, tracili majątek i rodzinę. Mimo to, w radości gromadzili się przed obliczem Boga, żeby go wywyższać, uwielbiać, składać dziękczynienie za łaskę zbawienia i powierzać Mu najbliższy czas. Dziś doczekaliśmy czasów wolności wyznania i nie musimy martwić się o utratę zdrowia lub życia. Żeby być Kościołem, który podoba się Bogu, Kościołem który powołał Jezus, powinniśmy odwrócić się od starego życia i wejść na nową drogę. Najlepiej zrobić to teraz, bo nigdy nie wiadomo co przyniesie kolejny dzień. Wystarczy klęknąć przed Bogiem, wyznać w sercu chęć rozpoczęcia nowego życia, w którym tym razem to On będzie numerem JEDEN. Bo jak mówi List do Rzymian 10,9 "Jeśli ustami swoimi wyznasz,
że Jezus jest Panem, i uwierzysz w sercu swoim, że Bóg wzbudził go z martwych, zbawiony będziesz". Nowe życie, nowe narodzenie w Duchu, oznacza odwrócenie się od starego życia o 180 stopni. Kimkolwiek było się w przeszłości, nie ma już więcej znaczenia. "Idź i nie grzesz więcej" - powiedział Jezus do cudzołożnicy. On chce nam wszystko wybaczyć, byleśmy przejrzeli i wybrali Jego drogę. On może nam dać życie
 

wieczne, czyli największy skarb jakim może się tylko podzielić! Kiedy jesteś już nowym stworzeniem w Jezusie, niemowlęciem duchowym, to potrzebujesz Matki - Kościoła i potrzebujesz pokarmu - Słowa. Jedną z dróg komunikacji z Bogiem jest Pismo Święte - czyli spichlerz bez granic. Odkryj głębię jego niesamowitej mądrości. Wszystko co kryje Nowy Testament, nie jest spisane po to, żeby Cię ograniczać, tylko po to, aby dać Ci pełnię! Nawrócenie to jedno, ale Pan Jezus mówi w Ewangelii Mateusza 24:13 "kto wytrwa do końca będzie zbawiony". Samodzielne trwanie w Bogu nie jest możliwe. Dlatego nie jest też prawdą powiedzenie "wierzę, ale nie praktykuję". To tak, jakby powiedzieć swojej żonie "kocham cię, ale mieszkajmy osobno". Każdemu potrzebny jest Kościół, bo bez niego wiara będzie usychać, aż zniknie. Poznałem osoby, które myślały, że im się uda... i dziś są już daleko, daleko w świecie. Kiedy wszystko staje się na nowo poukładane, szatan wcale nie zamierza oddać walkowera, ba, jeszcze silniej zabiega, aby zawrócić nas do starej egzystencji. Jest strasznie przebiegły, a jego największym zwycięstwem jest wmówienie ludziom, że go nie ma. Dlatego tak ważne jest znalezienie grupy podobnych sobie ludzi. Głównie po to, aby mieć OPARCIE. To z nimi będziesz trwać w modlitwie, ładując swój akumulator wiary,
   
                 
   

by staczać zwycięską walkę o własne życie oraz nieść innym dobrą nowinę o Jezusie i zbawieniu. Szukając dla siebie miejsca pamiętaj jednak, że nikt nie ma monopolu na Pana Boga (choć niektórzy tak twierdzą), a zbawionym można być niezależnie od kościelnej przynależności. Najważniejsze jest to, żeby odnaleźć Boga, zaufać Jezusowi, Jemu podporządkować swoje życie i raz na zawsze je odmienić. Decyzja o wyborze społeczności nie może być podjęta pochopnie. Na ludzi poszukujących czyhają liczne niebezpieczeństwa. Mówię o organizacjach, nie Kościołach, którymi zamiast nauki Jezusa, kieruje ludzki interes. Najlepiej rozpoznać je po owocach. Podobnie jak grzyby jadalne i trujące, zupełnie czym innym są uliczne Ewangelizacje i uliczne agitacje. Trafiamy nieraz na działalność grup, tj. "Świadkowie Jehowy" albo "Mormoni" (kościół Jezusa Chrystusa świętych dni ostatnich). Ci pierwsi posługują się swoim, mocno zmienionym przekładem Biblii (wyd. "Nowy Świat"), a także pismem "Strażnica", broniącym jedynej słusznej ideologii organizacji. Mormoni z kolei, na równi z Biblią traktują "Księgę Mormona", czyli objawienie niejakiego Josepha Smitha. Nie dajmy się zwieść. Tam gdzie dokłada się cokolwiek do nauki Jezusa i pierwszych Apostołów,
 

przepada gwarancja zbawienia. Nawet wielkie cuda i znaki nie muszą być dla nas potwierdzeniem bożej działalności w takich miejscach, "i nic dziwnego; wszak i szatan przybiera postać anioła światłości." - jak mówi II LIst do Koryntian 11,14. W Ewangelii Mateusza 24,24 czytamy natomiast: "Powstaną bowiem fałszywi mesjasze i fałszywi prorocy i działać będą wielkie znaki i cuda, by w błąd wprowadzić, jeśli to możliwe, także wybranych".

Społeczność, w której chcesz pogłębiać wiarę, powinna mieć jasne zasady i kierować się tylko Pismem Świętym. Warto korzystać z różnych ogólnodostępnych przekładów Biblii, samemu je porównywać i studiować. Większość Kościołów ewangelicznych na świecie, korzysta z Biblii Brytyjskiej, bez przypisów i co za tym idzie narzuconej interpretacji poszczególnych fragmentów. Dobre jest też stosunkowo nowe, polskie tłumaczenie, "Nowe Przymierze - Pismo Święte Nowego Testamentu", autorstwa Piotra Zaręby.
     
           
 
               
Stare i Nowe Przymierze. Czy trzeba zapracować na zbawienie i życie wieczne?
   

Kiedy by kogokolwiek spytać, gdzie spodziewa się trafić po śmierci, odpowie najczęściej w stylu: "Święty nie jestem, więc do Nieba nie pójdę, z drugiej strony nikogo nie zabiłem, więc do piekła też się nie wybieram, zostaje zatem czyściec." Wskazywanego przez ludzi masowo miejsca, nie znajdujemy za to w Biblii. W kwestii życia po śmierci mówi ona wyraźnie tylko o dwóch drogach - wieczności z Bogiem w Niebie i o wiecznym potępieniu. Teoria czyśćca powstała dużo później i wprowadzono ją do tradycji kościoła dopiero w 1439 roku. (więcej na ten temat dowiesz się w menu "Historia Kościoła"). Pomijając kwestię czyśćca, w chrześcijaństwie dość powszechny jest pogląd, że na życie wieczne z Bogiem trzeba sobie zasłużyć. Innymi słowy, należy zbierać dobre uczynki, które Bóg położy kiedyś na szali, przeciwlegle do popełnionych grzechów i dokona osądu nad naszym życiem. Nie każdy zdaje sobie sprawę, że taki scenariusz, dla większości oznaczałby wyrok piekła. Dlaczego? Dla zobrazowania tematu, ustanowione przez Boga przykazania, odnieść można do obowiązującego w danym kraju porządku prawnego. Jeśli oskarżonemu zostaje dowiedziona wina, to może on liczyć na odstąpienie od wyroku, z powodu dobrych rzeczy, jakie miały w jego życiu miejsce, niezależnie od tematu rozprawy?

 

Nie ma takich przypadków. W najlepszym razie, będą one stanowić środki łagodzące. Kara może ominąć kogoś wtedy, kiedy sędzia nie zdoła dowieść winy, będzie skorumpowany lub stronniczy. Podczas, gdy w naszym ziemskim życiu różnie bywa, a wyrok może być zarówno nieadekwatny do winy, jak i krzywdzący, na Boga i Jego sprawiedliwość możemy w tym miejscu liczyć na pewno. Kto inny może znać lepiej nasze serca i całą prawdę o naszym życiu niż On? Bóg wie wszystko, zanim o cokolwiek spyta. Bez względu na to, jak doskonali wydawalibyśmy się w oczach innych, każdy z nas ma na swoim koncie listę popełnionych grzechów. Wszystkie one są natomiast dla Boga dokładnie tym, co dla ziemskiego sędziego przekroczenie prawa. Uczciwie więc patrząc, sprawiedliwy osąd nad naszym życiem, musiałby zakończyć się wyrokiem skazującym. W tak ostrym, bezkompromisowym tonie, traktuje o tym Biblia, mówiąc, że wszyscy zgrzeszyli, a karą za grzech jest śmierć. Bez wątpienia jest to ciężkie Słowo, które możemy w pierwszym odruchu odebrać tak, jak gdyby stawiało nas pod murem. Poniekąd takie jest właśnie jego zadanie. Ale jeśli kogoś to pocieszy, podobnej korekty potrzebowali uczeni w Piśmie, o których dowiadujemy się w Nowym Testamencie. Myśleli oni, że wypełniając sumiennie żydowskie tradycje
 

Źródło: www.livingwaters.com. Kadr z filmu
"Czy jesteś Dobrym Człowiekiem?"
   
                 
   

Źródło: www.livingwaters.com. Kadr z filmu
"Czy jesteś Dobrym Człowiekiem?"
 

i sprawiając wrażenie religijnych ludzi, zdołają zapracować na Bożą przychylność. Byli tymczasem albo bezrozumni albo naiwni. Jezus znał prawdziwe zamysły ich serc i nie potrafił pozostać wobec tego obojętny. Do tychże "znawców pism" kierował wielokrotnie najsurowsze słowa - np. obłudnicy, plemię żmijowe, głupi i ślepi przewodnicy. Wielokrotnie też, uświadamiał ich o grzechu, z którego oni notorycznie próbowali się wybielać. "Kto z was jest bez grzechu, niech pierwszy rzuci w nią kamieniem" [Jana 8,7]. "Biada wam, uczeni w Piśmie i faryzeusze obłudnicy, bo dajecie dziesięcinę z mięty, kopru i kminku, lecz zaniedbaliście to, co ważniejsze jest w Prawie: sprawiedliwość, miłosierdzie i wiarę." [Mateusza 23,23]; "I tak ze względu na waszą tradycję znieśliście przykazanie Boże." [Mateusza 15,6]; Słowa Jezusa są aktualne do dziś. Ci, którzy tego jeszcze nie uczynili, muszą sobie uświadomić, że nie są w stanie stawić skutecznego oporu grzechowi, bazując na własnych siłach. Wszelkie wątpliwości, co do interpretacji Dekalogu, jakby ktoś próbował się usprawiedliwiać, rozwiewa ten znany cytat: "Słyszeliście, że powiedziano: Nie cudzołóż! A Ja wam powiadam: Każdy, kto pożądliwie
 

patrzy na kobietę, już się w swoim sercu dopuścił z nią cudzołóstwa" [Mateusza 5,27-28]. Zarówno w tamtych czasach, jak i dziś, przez takie "sito" nikomu nie było i nie jest dane się przedostać. A jeśli znajdą się nawet tacy, którzy dalej, uparcie będą wierzyć we własne siły, oto prawdziwy "gwóźdź do trumny": "Bądźcie więc wy doskonali, jak doskonały jest Ojciec wasz niebieski" [Mateusza 5,48].

Chrystus podnosi poprzeczkę bardzo wysoko, dając wręcz do zrozumienia, że nikt nie jest w stanie wymienionemu zadaniu sprostać. Bo czy ktoś mógłby pokusić się choćby o aspiracje, by stać się doskonałym jak Bóg? Niesądzę. Chyba, że Jezus chce nam tu zakomunikować coś zupełnie innego. Nie mógłby przecież sam sobie zaprzeczać, tymczasem w innym miejscu mówi: "Dlaczego nazywasz mnie dobrym? Nikt nie jest dobry, tylko jeden Bóg" [Łukasza 18,19]. Kluczem do zrozumienia Jezusa jest czytanie Słowa w kontekście całego Nowego Testamentu oraz zdanie się na pomoc Ducha Świętego, który gdy zamieszka w naszym sercu, "objawi nam całą Prawdę" [Jana 16,13]. Wracając jednak do sedna naszego rozważania, spróbujmy zgłębić tajemnicę,
   
                 
   

dlaczego Jezus wyznacza nam praktycznie nieosiągalny cel? Po pierwsze ma do nas dotrzeć, że do doskonałości brakuje nam bardzo wiele i nikt nie powinien naiwnie wierzyć, że może być dobrym człowiekiem. Dobrym podług jakiej skali? W porównaniu do kogo? Sąsiada, kolegi, brata? A jeśli to nie pomoże, do osób odsiadujących wyroki w więzieniach? Chętnie przytoczylibyśmy w tym momencie przykłady, tych rzekomo gorszych od siebie, rzecz jasna w naszej ocenie. Ale standard wyznacza Bóg, Jego Prawo, a nie inni ludzie. Dlatego jeśli już bardzo chcemy się z kimś porównywać, bądźmy odważni, by stanąć zupełnie "nago", w świetle Jego doskonałości. Zakładając, że każdy w tym miejscu zna już swoje położenie i pyta "co dalej", pozostaje zrozumieć zamysł Boga wobec człowieka, począwszy od stworzenia świata. Otóż warto zauważyć, że po wszystko, co ucznił Bóg było dobre, czego wyjątek stanowi dzień szósty i powołanie do życia człowieka. Wtedy "spojrzał Bóg na wszystko, co uczynił, a było to BARDZO dobre". W Ogrodzie Eden nie istniały choroby ani śmieć, a za pokarm dla człowieka jak i zwierząt stanowiły rośliny. Dopiero szatan - upadły przez pychę anioł, skusił Ewę, a w
 

ślad za nią Adama, przynosząc na świat skażenie grzechem. To nie Bóg odebrał ludziom RAJ, ale my sami się go pozbawiliśmy. Otrzymaliśmy wolną wolę, która jest jak dwie strony medalu. Z jednej strony daje swobodę działania, a z drugiej strony każe ponosić konsekwencje za złe wybory. Bogu nie podobało się, że człowiek zgrzeszył. Nie odstąpił jednak od ideału, żebyśmy byli odbiciem jego natury (stworzeni na jego obraz) i rozpoczął niezwłocznie "proces naprawczy". Najpierw, widząc rozwijającą się nieprawość rodzaju ludzkiego, postanowił zgładzić całe życie na ziemi. Ocalił tylko Noego z rodziną, którzy jako jedyni byli w Jego oczach nieskazitelni. Planem Stwórcy było jednak coś znacznie więcej. Bóg jest święty i sprawiedliwy, a Jego Słowo i Prawo są niezmienne. Sam również go nie przekracza, bo inaczej byłby hipokrytą. Natomiast absolutnie pierwszą, podstawową zasadą, jaką ustanowił było, że karą za grzech jest śmierć; [Księga Rodzaju 2,17]. Chcąc wykupić życie doskonałego Adama, Bóg musiał zapłacić za nie także doskonałym życiem. Postanowił więc, że przyśle w tym celu na ziemię "Potomka",
 

"Upadek", Hugo van der Goes, 1479r.
   
             
   

Źródło: www.livingwaters.com. Kadr z filmu
"Czy jesteś Dobrym Człowiekiem?"
 

czyli swojego jednorodzonego Syna. Wybrał też naród, z którego będzie się On wywodził i za pośrednictwem Mojżesza, przekazał mu swoje Prawo. X Przykazań miało nie tyle wyznaczyć pewną normę życia, co przekonać lud o grzechu oraz uświadomić go o potrzebie wybawienia. Składanie przez Żydów ofiar z doskonałych zwierząt,   jako zapłaty za grzech, było tylko cieniem wydarzenia, zapowiadanego w Starym Testamencie przez proroków ponad 300 razy. Dla potwierdzenia swoich planów, Bóg uczynił wiele cudów. Żydzi mieli jednak nadzwyczaj krótką pamięć. Wypełniając Boże Prawo, popadali w cielesność i religijność, notorycznie odchodząc od wiary. To z kolei sprowadzało na nich Boży gniew. Nic też dziwnego, że oczekiwali innego mesjasza. Nie potrafili przyjąć i zrozumieć Pisma nawet wtedy, kiedy na ich oczach zaczęło się ono wypełniać, kiedy "Słowo stało się ciałem" i zamieszkało wśród nich. Jezus, choć współistniał z Bogiem od założenia świata, musiał stać się w pełni człowiekiem. Dlatego narodził się jako niemowlę, a później doświadczał na Ziemi wszystkiego, co my. Równocześnie, dzięki w pełni Boskiej naturze, Syn Boży nigdy nie
 

uległ grzechowi. Ostatecznie Chrystus pokonał szatana na krzyżu Golgoty, składając w ofierze swoje święte Ciało i przelewając swoją świętą Krew. Zamysł Boga i Jego Prawo, zostały w tamtym momencie wypełnione. Wykonało się! - powiedział Jezus, po czym oddał ducha. Czytamy dalej, że ziemia się zatrzęsła, a zasłona świątyni rozdarła się na pół. Symbolika ta oznaczała, że świątynią Ducha Świętego nie będzie odtąd już tylko Święty Przybytek (gdzie wstęp mieli tylko arcykapłani), ale ciało każdego człowieka, który odwróci się od starego życia, swojej grzesznej natury i narodzi się na nowo dla Królestwa Niebieskiego.

"Albowiem tak Bóg umiłował świat, że Syna swego jednorodzonego dał, aby każdy, kto weń wierzy, nie zginął, ale miał żywot wieczny. Bo nie posłał Bóg Syna na świat, aby sądził świat, lecz aby świat był przez niego zbawiony. Kto wierzy w niego, nie będzie sądzony" [Ewangelia Jana 3,16-18].

"Gdyż wszyscy zgrzeszyli i brak im chwały Bożej. I są usprawiedliwieni darmo, z łaski jego, przez odkupienie w Chrystusie Jezusie, którego Bóg ustanowił jako ofiarę
   
                 
   

przebłagalną przez krew jego, skuteczną przez wiarę" [List do Rzymian 3,23-26].

Najdalej od poznania prawdy o Synu Bożym byli ci, będący pozornie najbliżej Boga - uczeni w Piśmie, kapłani, Faryzeusze, którzy wydali Mesjasza na śmierć. Rolę ich osądu musimy zostawić jednak Bogu. Sam Jezus powiedział - Ojcze, odpuść im, bo nie wiedzą, co czynią. Najważniejsze abyśmy przyjęli, że przez największy po ludzku absurd śmierci, dokonało się największe dzieło. Nie rozumiał tego, mierząc swoją miarą szatan, dla którego poświęcenie za kogoś życia, jest ostatnią rzeczą, jaką mógłby zrobić. Dlatego podsuwając zebranym przed Piłatem słowa "na krzyż z Nim", myślał zapewne, że odnosi największy tryumf. Poniósł tymczasem najsromotniejszą klęskę. Boży plan był tak bardzo niepojęty, że na nic zdała się trzykrotna zapowiedź przez Jezusa swojej śmierci. Nie mogli tego zrozumieć nawet apostołowie. Piotr odkrzekł kiedyś - Panie, nie przyjdzie to na Ciebie, a tuż po pojmaniu Pana, zaparł się Go. Ukrzyżowanie Jezusa stanowiło dla uczniów straszny cios. Siedzieli w ukryciu, ze strachu przed Żydami, myśląc, że wszystko, czego doświadczyli z Jezusem, właśnie się skończyło. Pozostaliby tam, a później rozproszyliby się, gdyby na
trzeci dzień nei ujrzeli Pana. Dopiero fakt Zmartwychwstaniadało dał im odpowiedź
 

kim naprawdę jest Jezus i czego byli właśnie świadkami. Pozwoliło to napełnić Ich serca niewysłowioną radością, pewnością i odwagą!

Patrząc na Boga nieprzemienionym wzrokiem, oczami świata, Jego logika pozostaje przed nami ukryta, podobnie jak znaczenie głoszonych przez Jezusa podobieństw i przypowieści. Sama Biblia rozróżnia w greckim oryginale termin "słowa" na: logos - odnoszącego się do rozważania tekstu umysłem, oraz rema - mówiącego o przyjmowaniu treści sercem. Przez pryzmat "szkiełka i oka", zamiast głębi Słowa, Pismo Święte może być tylko zbiorem czarnych, rozmazujących się liter, wywołujących uczucie senności. Kiedy nie ma się przemienionego serca, pokoju, przebaczenia, na nic zdadzą się nawet doktoraty z teologii. I z nimi wielu pobłądziło, podobnie do wspominanych wcześniej parokrotnie Uczonych w Piśmie. W poleceniu Jezusa, iż mamy być jak dzieci, nie drzemie przecież inna myśl niż ta, żebyśmy odsuwając na bok życiowe doświadczenie i sceptycyzm, mogli wierzyć z taką ufnością jak one (przez dorosłych nazywaną naiwnością). Przed Wielkim i Świętym Bogiem, nicością jest mądrość największych tego świata, a wszelkie zasługi i uczynki, są marnością. Dlatego zbawienie jest darem,

 

Kuszenie Jezusa. Duccio di Buoninsegn,1308r.
   
               
   

na który nie można w jakikolwiek sposób zasłużyć ani zapracować. Jedynie i aż, co możemy zrobić, to je przyjąć. "Albowiem łaską zbawieni jesteście przez wiarę, i to nie z was: Boży to dar; Nie z uczynków, aby się kto nie chlubił." [List do Efezjan 2,7-9]

Słowo "Ewangelia", w tłumaczeniu z greckiego oryginału Biblii "euangélion", już tysiące lat przed Chrystusem oznaczało wspaniałą wieść (dobrą nowinę) o narodzeniu się następcy tronu, lub o wygranej wojnie. "Ewangelia" jest więc przesłaniem, niosącym w sobie wielką radość, którą każdy chce się z innymi dzielić! W kontekście chrześcijaństwa, głoszenie Ewangelii nie może więc oznaczać bagażu powinności, jakie trzeba wypełniać by dostać się do Nieba. W oczach Żydów, żyjących podług prawa Zakonu, starających się wypełniać X Przykazań, nie byłaby to żadna nowina. Wieścią taką pogardziliby również poganie, a pierwsi chrześcijanie nie oddawaliby za nią z pewnością życia. Dlatego chwała Bogu za prawdziwą Ewangelię, za dobrą nowinę o Jezusie Chrystusie, który odebrał za nas całą należną winę i karę za popełnione grzechy, co odróżnia Nowe Przymierze Boga z ludźmi od Starego
 

Przymierza. Ewangelia jest jedna! Poza nią, są tylko teorie głoszone przez uzurpatorów i zwodzicieli, występujących również pod etykietą chrześcijan. Powstała w ten sposób religia cechuje się tym, że miesza dla niepoznaki trochę Prawdy, trochę fałszu, aby zwieść jeśli to możliwe także wybranych, jak mówi Słowo. Przed łączeniem tradycji Starego Przymierza z przesłaniem Ewangelii, ostrzegał niejednokrotnie Jezus oraz Apostołowie. "Nikt też nie wlewa młodego wina do starych bukłaków, bo inaczej wino rozsadzi bukłaki, i wino i bukłaki zniszczeją. Lecz młode wino należy lać do nowych bukłaków." [Marka 2,22]

"Ale choćbyśmy nawet my albo anioł z nieba zwiastował wam ewangelię odmienną od tej, którą myśmy wam zwiastowali, niech będzie przeklęty!" [List do Galacjan 1,8]

Ewangelia nie jest również zaledwie biografią życia Jezusa, jako postaci z danego okresu, będącej prorokiem czy nawet cudotwórcą. Ten fakt jest tak dobrze potwierdzony, że są co do tego zgodni wszyscy świeccy historycy. Dlatego tak ważna jest nie tyle wiara w to, że Jezus w ogóle istniał, ale
 

wiara w Jego Zmartwychwstanie, czym przypieczętował Kim jest oraz Kto i w jakim celu Go posłał. Ewangelia to wieść o tym, że Jezus, Syn Boży, przyszedł na świat po to, aby jako Baranek Boży stać się najdoskonalszą ofiarą, dla odkupienia od grzechu pierworodnego wszystkich, którzy w ten fakt uwierzą. Wiara zaś uwidacznia się nowym narodzeniem w duchu, to jest wyznaniem ustami i w sercu Prawdy o Jezusie, a na dowód tego przyjęciem chrztu, przez pełne zanurzenie w wodzie. "Błogosławieni, którzy nie widzieli, a uwierzyli. I wiele innych znaków, których nie zapisano w tej księdze, uczynił Jezus wobec uczniów. Te zaś zapisano, abyście wierzyli, że Jezus jest Mesjaszem, Synem Bożym, i abyście wierząc, mieli życie w imię Jego." [Jana 20,29-31]

Warto przyjrzeć się jak Nowe Przymierze w kontekście Starego Przymierza, przedstawia List do Hebrajczyków. Adresowany przecież na grunt najtrudniejszy z możliwych, stara się wyłożyć krok po kroku dlaczego Jezus wypełnił Prawo Mojżeszowe, a Jego ofiara jest doskonała i ostateczna.
"Wprawdzie także i pierwsze przymierze
   
                 
   

zawierało przepisy służby Bożej i posiadało ziemski przybytek. Był to namiot, w którego pierwszej części, zwanej Miejscem Świętym, znajdował się świecznik, stół i chleby pokładne. (...) Są to tylko przepisy tyczące się ciała, nałożone do czasu naprawy, jedynie w sprawie pokarmów, napojów i różnych obmyć. Ale Chrystus, zjawiwszy się jako arcykapłan dóbr przyszłych, przez wyższy i doskonalszy, i nie ręką – to jest nie na tym świecie – uczyniony przybytek, ani nie przez krew kozłów i cielców, lecz przez własną krew wszedł raz na zawsze do Miejsca Świętego i osiągnął wieczne odkupienie. Jeśli bowiem krew kozłów i cielców oraz popiół z krowy, którymi skrapia się zanie-czyszczonych, sprawiają oczyszczenie ciała, to o ile bardziej krew Chrystusa, który przez Ducha wiecznego złożył Bogu samego siebie jako nieskalaną ofiarę, oczyści wasze sumienia z martwych uczynków, abyście służyć mogli Bogu żywemu" [Hebr. 9,1-2;10-14]

"Chrystus bowiem wszedł nie do świątyni zbudowanej rękami ludzkimi, będącej odbiciem prawdziwej świątyni, ale do samego nieba, aby teraz wstawiać się za nami przed obliczem Boga, ani nie po to, aby się wielekroć sam miał ofiarować, jak
 

arcykapłan, który co roku wchodzi do świątyni z krwią cudzą, gdyż w takim przypadku musiałby cierpieć wiele razy od stworzenia świata. A tymczasem raz jeden ukazał się teraz na końcu wieków, aby zgładzić grzech przez ofiarę z samego siebie." [Hebr. 9,24-26] "A na ich grzechy oraz ich nieprawości więcej już nie wspomnę. Gdzie zaś jest ich odpuszczenie, tam już więcej nie zachodzi potrzeba ofiary za grzechy. Mamy więc, bracia, pewność, iż wejdziemy do Miejsca Świętego przez krew Jezusa." [Hebr. 10,17-19]

Spójrz oczami duchowymi na Jezusa, w Jego twarz, w święte i umęczone na krzyżu CIAŁO, w Jego rany oraz niewinnie przelaną KREW i przyjmij prawdziwie tę ofiarę do swojego serca. Tak, jak gdyby Jezus patrząc Ci w oczy powiedział "zrobiłem to dla Ciebie". A wszystko to na odpuszczenie mnówstwa grzechów, których nie jesteś w stanie samodzielnie udźwignąć oraz ich w jakikolwiek sposób naprawić. Za sprawą ogromu łaski, której od Boga dostąpiliśmy. Nawrócenia i odstąpienia od starego życia potrzebuje każdy jeden człowiek, niezależnie od swojego pochodzenia lub tradycji. Abyśmy nie tylko mogli mieć pewność upragnionej, wiecznej społeczności z Bogiem, ale już tutaj
 

wyznając przed ludźmi Jezusa swoim Panem, odwrócili się od sideł świata.

"Jeśli ktoś jest w Chrystusie, nowym jest stworzeniem; stare przeminęło, oto wszystko stało się nowe." Abyśmy mogli żyć dalej na sposób Boży, w Jego sprawiedliwości, nie martwiąc się o przyszłość i co przyniesie kolejny dzień. Żeby zniknąć mógł strach, szczególnie ten przed chorobami i przed śmiercią ciała, w świadomości, że upływający czas przybliża nas jedynie do spotkania z Panem. Jezus czeka z otwartymi ramionami na każdego. Nie musisz tego odkładać ani się przygotowywać. Otwórz dla Niego swoje serce, a doświadczysz cudu nowego narodzenia! Odmienisz swoje życie tu na ziemi i będziesz mieć pewność wiecznej społeczności z Bogiem w Niebie.

Niech Ci Bóg błogosławi!
 
               
         
 
               
Żywa relacja z Bogiem - na czym polega?
   

Być może spotkałeś się już ze stwierdzeniem ,że najważniejsze jest utrzymywanie dobrej relacji z Bogiem. To oczywiście prawda, choć automatycznie nasuwa się pytanie, co to znaczy? A przede wszystkim, jak mam taką relację nawiązać? Cóż, nie ma jednej właściwej odpowiedzi. Jednakże istotne jest, aby zacząć od poznania prawdziwej natury Boga. Można by w tym miejscu przytoczyć liczne cytaty biblijne, które zobrazowałyby nam, jaki On jest. Ale szczerze Cię zachęcam do samodzielnej lektury Nowego Testamentu, bo najcenniejsze są własne doświadczenia. Ja użyję bardziej obrazowego przykładu, który może trochę przybliżyć Ci naturę Boga. Zapewne większość postrzega Go jako surowego sędziego, który karze nas za każde przewinienie i dopóki się nie wyspowiadamy, zamyka przed nami drzwi. Wpoiła nam to nauka o dobrych uczynkach i ciężkich
 

grzechach. Według niej, musimy na miłość Boga nieustannie pracować. Przyznam szczerze, że mnie osobiście nie zależałoby na relacji z takim Bogiem. Na szczęście Bóg Nowego Przymierza jest zupełnie inny. Najtrafniej jest porównać Go do bezwarunkowo kochającego rodzica. Para spodziewająca się dziecka, kocha je od momentu poczęcia, pomimo że ta mała istota nie zdążyła sobie na to wcale zasłużyć. Tak samo, a tak naprawdę dalece lepiej jest z Bogiem. On nie dość, że pokochał nas jeszcze przed naszym narodzeniem, to cokolwiek złego byśmy za życia zrobili, nic Jego miłości do nas nie zerwie, ani nie osłabi. Najlepiej obrazuje to przypowieść o synu marnotrawnym. Jako kochający Ojciec, Bóg nie chce nam narzucać jak mamy postępować, w końcu to nasze życie. Ale wiedząc co będzie dla nas dobre, daje nam pewne wskazówki. Jednak czy z nich
 

skorzystamy, zależy już tylko od nas. Niemniej musimy pamiętać, że nawet jeśli je zignorujemy, to On i tak nie przestanie nas kochać. W końcu ludzki rodzic też nie opuści swojego dziecka, kiedy pomimo ostrzeżeń ono oparzy się o gorący garnek, którego miało przecież nie dotykać, ukradnie coś, zacznie zażywać narkotyki, itp.

Jeśli chcesz nawiązać relację z Bogiem, niezbędna jest Twoja zmiana  myślenia na Jego temat. On Cię kocha, dlatego m.in. Cię nie kontroluje. Niestety wolność ma swoje konsekwencje. Stąd biorą się ludzie, którzy popełniają przestępstwa, kradną  i mordują. Najczęstszy zarzut wobec Boga brzmi: jak On mógł do tego dopuścić? Dał nam wolną wolę.Jeśli miałby powstrzymywać wszystkie złe rzeczy, to musiałby mieć nieustanny wpływ na życie każdego z nas. Czyli uczyniłby z nas marionetki, a tego zarówno my, jak i On
   
           
   

byśmy nie chcieli. Cokolwiek złego przydarzyło Ci się w życiu, nie było to dziełem Boga, ale skutkiem działania szatana. Tak, on istnieje. Jeśli wierzysz w Boga, musisz też uwierzyć w diabła. To on skłania ludzi do robienia złych rzeczy. Można by powiedzieć: jak Bóg mógł na to pozwolić? Zostawił nas samych na jego pastwę? To nieprawda! Dwa tysiące lat temu przysłał Jezusa, który przelewając swoją świętą krew pokonał szatana raz na zawsze. On już jest pokonany! My musimy tylko mu o tym przypominać i w imieniu Jezusa niweczyć jego nikczemne plany.

Rozumiem, że może się to wydawać czystą abstrakcją, jednak przekonasz się, studiując Nowy Testament, że to prawda. Z czasem też zaczniesz zauważać tego efekty w swoim życiu. Twój sceptycyzm jest na chwilę obecną uzasadniony. Przekonaj się więc na bazie własnego doświadczenia. Próbując nic nie tracisz, a jak okaże się to prawdą, to zyskasz bardzo wiele.
 

Reasumując: Bóg jest dobry. Nigdy nie zamierzał i nigdy Cię nie skrzywdzi. Kocha Cię. Nawet wtedy, gdy Ty go nienawidzisz. Wydaje Ci się to niemożliwe? W końcu mówimy o Bogu, a On jest zdolny do niemożliwych rzeczy. Bóg nie oczekuje od Ciebie nawet przeprosin. Nie chce żebyś w pokorze wymieniał mu wszystkie swoje grzechy i pokutował. On już je wszystkie zna, a Jezus już za nie wszystkie zapłacił. Gdybyś miał zapracować sobie na zbawienie, to po co Jezus miałby przychodzić na świat? Mijałoby się to z celem! Zatem, jak nawiązać relację z Bogiem? Zwyczajnie! Np. poprzez rozmowę. Powiedz mu co Ci leży na sercu. Jak chcesz krzyczeć, to krzycz. Bądź szczery, niczego nie udawaj. Bóg obiecał nam, że odpowie na wszystkie prośby i wezwania. Nie zawsze w tym momencie, kiedy my tego chcemy, ale w takim, w którym najbardziej z tego skorzystamy. Obiecał to w Biblii. A jak On coś obiecuje, to zawsze dotrzymuje słowa! Jeśli chcesz się przekonać, zachęcam Cię do przeczytania
 

historii ludzi, którzy doświadczyli tego w swoim życiu. (menu "Nowonarodzeni" strony). Poczytaj Nowy Testament, przekonaj się jakie obietnice złożył Bóg i co Ci przysługuje, jako Jego dziecku. Nie musisz czynić nie wiadomo jakich rzeczy, by nawiązać relacje z Bogiem. Czasami wystarczy, że o Nim pomyślisz, albo po prostu masz takie pragnienie w sercu. Jeżeli Ci na tym zależy, On o tym wie i z pewnością Cię poprowadzi. Może czytając Biblię jakiś werset będzie dla Ciebie odpowiedzią lub wskazówką? Może będzie nią historia osoby żyjącej z Bogiem? A może Pan postawi na Twojej drodze człowieka, który poprowadzi Cię duchowo?

Nie wiem, jaka będzie Twoja droga, ale na pewno Bóg sprawi, że będzie ona niesamowitą przygodą. Posłuchaj wielu zamieszczonych na tej stronie świadectw, żeby przekonać się, jak wielkie dzieła czyni Bóg w życiu ludzi na nowo narodzonych.
   
                 
           
 
               
Ofiara Jezusa, jako najdoskonalsza i w pełni wystarczalna dla naszego życia
   

Chrystus poniósł najokrutniejszą śmierć, jaką karano w tamtym czasie przestępców – śmierć krzyżową. Pomimo, iż takiego fizycznego bólu nikt z nas nie chciałby doświadczyć, czasem zdarza się, że cierpimy. Ludzie giną na wojnach, mają amputowane ręce, nogi. Umieramy na raka i inne choroby, które mają straszny przebieg. Nieraz słyszymy tak okropne historie, że przechodzą nas po plecach ciarki. Nikt nie może jednak doświadczyć tego, czego doświadczył Pan Jezus. Wiemy bowiem na czym polegała Jego służba wśród ludzi. Kiedy nauczał, chodziły za Nim tłumy. Jezus wyganiał demony, uzdrawiał, wskrzeszał z martwych, rozmnażał żywność, uciszył burzę i wiatr. Znaki i cuda, które mu towarzyszyły, nigdy wcześniej się nie działy i jasno dowodziły Jego Boskiego pochodzenia. "W dowód uznania" Chrystus był przez te trzy lata szkalowany oraz fałszywie osądzany. Faryzeusze, Uczeni w Piśmie zarzucali mu, że uzdrawia mocą Belzebuba (diabła), że bluźni i zwodzi lud. Aż wreszcie przyszło nań to najgorsze, bezpodstawne oskarżenie i wydanie na śmierć. Umierając wysłuchiwał kpin oraz obelg od swoich oprawców, a także od jednego z ukrzyżowanych obok złoczyńców. Najczystsza miłość, jaką kierował się do samego końca Jezus,
 

objawiły wypowiedziane wtedy słowa "Ojcze, przebacz im, bo nie wiedzą, co czynią".
[Łk 23, 34]

Kiedy masz już przed oczami tamte wydarzenia, to wyobraź sobie jeszcze więcej. Wszystkie te straszne rzeczy, jakie Jezus wycierpiał na swoim ciele, od biczowania, przez drogę krzyżową, aż do przybicia do krzyża, były jeszcze niczym w stosunku do tego, jak bardzo cierpiał na duchu. Księga Izajasza 53,4-5 mówi, że wziął On na siebie zło całego świata, zarówno wszystkie grzechy jak i choroby toczące ludzkość. Cierpiał, bo był w 100% człowiekiem, ale również dlatego, że był w 100% Bogiem. Chcąc wypełnić wolę Ojca musiał przyjść na ten pełen zepsucia świat i zostawić na długi czas chwałę, jaką wcześniej miał. A jak mówi Biblia Jezus stał po prawicy Boga w Niebie już od stworzenia świata. Dlatego właśnie to, co Chrystus dla nas uczynił jest właściwie niewyobrażalne.

Niektórzy ludzie podchodzą jednak do tej sprawy mocno cieleśnie, sądząc, że Jezusa można (a nawet trzeba) naśladować w sposób dosłowny, czyli cielesny. Corocznie w Wielki Piątek tłumy ludzi na Filipinach uczestniczą w obrzędach biczowania się i
 

przybijania do krzyża. Zjawisko jest na tyle masowe, że ulice dosłownie ociekają krwią. Zwyczaj ten do XVIII wieku popularny był w Europie, także w Polsce.

Pomyślmy jednak, jakże płytkie jest takie sponiewieranie własnego ciała, w odniesieniu do męki i śmierci Jezusa. Mówiąc w tym miejscu o naśladownictwie Mesjasza, nie tyle się tego nie czyni, co jeszcze się Mu ubliża. Taka „ofiara” daje fałszywe pojęcie tego, co ucznił dla świata Jezus. Kieruje bowiem oczy ludzi w stronę często powtarzanego, jej czysto cielesnego wymiaru, jak przedstawia to m.in. "Pasja" Mela Gibsona.

Ponieważ ofiara Chrystusa  była jedyna i niepowtarzalna, mająca skutek do końca świata, nie mają sensu próby celowego ponoszenia przez nas cierpienia. Nie tego oczekuje od nas Zbawiciel. Nie mamy się biczować, albo spędzać całego życia na słupie, jak czynili to niektórzy w średniowieczu. Na nic też zdadzą się wysiłki by długo wytrwać na klęczkach, a nawet zdarte do krwi kolana. Nie możemy uczynić fizycznie niczego, żeby zapracować na uznanie w oczach Stwórcy. A ponieważ największą z możliwych ofiar poniósł już za
   
                 
   

Obrzędy ukrzyżowań na Filipinach
 

nas Jezus, naszą odpowiedzią wdzięczności będzie przede wszystkim codzienne życie, pełne uwielbienia za Jego dzieło na krzyżu.

Bóg nie oczekuje poświęcenia mu chwili. Nie chce, żebyśmy świętowali jakiś tam dzień na jego cześć, a później żyli dalej swoim życiem, zanurzeni w przyziemne sprawy. Nie po to przysłał swojego Syna na ten świat, aby życie toczyło się tak, jak wcześniej. Stwórca zawarł z nami Nowe Przymierze! On chce od nas czegoś więcej, niż pojedynczego zrywu wiary, epizodu, w którym pokażemy jacy jesteśmy cudowni. Bóg pragnie dla nas innego cudu, przemiany całego człowieka, jako największego dobra, jakiego możemy doświadczyć, ze skutkiem w tym życiu i w przyszłym. Dzięki nowemu narodzeniu wszystko odczuwa się inaczej niż wcześniej, zachwyca śpiew ptaków i całkiem zwykłe rzeczy, na które dotąd nie zwracaliśmy uwagi. Tempo naszego życia nie musi przypominać wiecznego biegu w nieznanym kierunku. Jeśli tylko wybierzemy Jezusa i Jego drogę, wówczas staniemy się Jego naśladowcami, będziemy mieli udział w jego zmartwychwstaniu. Możesz być obojętnie jaką osobą, obciążoną nawet niewybaczalnym grzechem, ale wiedz, że
 


Bóg Cię kocha. Podobnie jak tata i mama darzą uczuciem swoje dzieci, obojętnie jak bardzo te nawet pobłądzą. Wspaniałym przykładem na miłość Boga do człowieka jest przypowieść o Synu Marnotrwanym [Ew. Łukasza 15,11-32] Posłuchaj ciekawego nauczania pt. "Czym jest upamiętanie?", dostępnego też z pozycji menu "Materiały i Linki"

Każdy otrzymał wolną wolę i do końca swoich dni ma prawo zdecydować, w którym kierunku pójdzie. To ziemia jest naszym "czyśćcem" i czasem próby. Jeśli tylko uwierzysz i w pełni zaufasz Bogu, czego naturalną koleją rzeczy jest dzięki Jego wsparciu odwrócenie się od starego życia, to już możesz mieć pewność zbawienia. Znany z Biblii jest przykład kobiety cudzołożnej, która miała zostać ukamie-nowana, a kiedy wszyscy się rozeszli Pan powiedział do niej „I ja ciebie nie potępiam. Idź i nie grzesz więcej”. Na Golgocie, obok Pana Jezusa był przybity do krzyża złoczyńca, który „tylko” w uwierzył w to KIM jest. Pomimo sprawiedliwie odbieranego za przestępstwa wyroku, usłyszał zapewnienie: „Jeszcze dziś będziesz ze mną w raju”.

   
                 
           
 
               
Jego ranami jesteśmy uzdrowieni - świadectwo Kasi
   

Chciałabym opowiedzieć Wam o tym, czego ostatnio doświadczyłam i doświadczam  w życiu z moim Panem Jezusem Chrystusem. Jego miłość, dobroć i ochronę mogę spotykać niemal na każdym kroku. Teraz mogę w praktyczny sposób doświadczać wypełnienia Jego cudownych obietnic dotyczących naszego życia. Kiedy On i tylko On staje się dla nas najważniejszą osobą każdego dnia, mogę mieć pewność, ze się nie zawiodę. Jakiś czas temu zaczęłam mieć problemy ze zdrowiem. Możemy zadawać sobie pytanie dlaczego? przecież kocham Pana. Kiedy dzieją się w moim życiu sytuacje trudniejsze, zaczynam się modlić, i szukać odpowiedzi. Tak też zrobiłam tym razem. W odpowiedzi usłyszałam cudowne słowa z Księgi Izajasza 44,1-3. Słowa o tym, że sam Wszechmocny Bóg, mój cudowny Ojciec wspomaga mnie, były w tamtym czasie jak ożywcze tchnienie. Uchwyciłam się tej obietnicy i trwałam w modlitwie i czytaniu Słowa na temat uzdrowienia. Ewangelie przepełnione są przykładami o cudownych uzdrowieniach, prawdziwych cudach i znakach. Słowo z Listu do Hebrajczyków 13,8 mówi ,,Jezus Chrystus wczoraj i dziś ten sam na wieki”, co Duch Święty przypominał mi nieustannie. A słowo z Listu Św. Pawła do Rzymian 9,6 ,, Ale nie jest tak, jakoby miało zawieść Słowo Boże" zapadło głęboko w moim sercu. Chwała Bogu za Listy! To jest takie cudowne, że całe Słowo Boże jest natchnione przez Ducha Świętego. Modliłam się nadal i chociaż nie czułam się wcale lepiej, wiedziałam, że nie na uczuciach mam
 

budować moją wiarę i ufność do Jezusa. Zaczęłam jeszcze więcej i bardziej wyznawać w wierze (taką jaką miałam) słowo z Księgi Izajasza 53,4-5 ,,JEGO RANAMI JESTEŚMY ULECZENI.” Jesteśmy, a nie będziemy. To jest Boża obietnica dla każdego, kto wierzy. Obietnicę wypełnia osoba, która obiecuje, do nas należy zaufanie i cierpliwość w wypełnienie bez względu na to co widzimy.

Tak więc zaczęłam czekać na wypełnienie obietnicy dotyczącej mojego zdrowia. Pewnego wieczoru zatelefonowała do mnie bratowa męża, która jest lekarzem i zaproponowała serię poważnych badań w szpitalu. Postanowiłam pojechać.Wiedziałam jednak, że jadę tam tylko po to, aby Chrystus był uwielbiony i wyjadę stamtąd z tarczą, a nie na tarczy. To nie było łatwe: miałam tachycardię (podwyższone tętno), schudłam 9kg. Na macicy posiadałam 2 duże mięśniaki i włókniaka, dodatkowo hemoroidy i nadżerkę na przełyku. Przepraszam Was za szczegółowy opis, ale to ważne. Wzięłam ze sobą Biblię, kilka książek i oczywiście wiarę w Boże uzdrowienie w sercu. Przyszedł czas na pierwsze badanie ginekologiczne i pan doktor poinformował mnie, że w macicy niczego nie ma i swoją wypowiedź medyczną zakończył jednym zdaniem ,,Proszę Pani cuda się zdarzają.” Serce chciało mi wyskoczyć z piersi, z radości oczywiście. Następnego dnia czekały mnie dwa ważne i trudne badania: gastroskopia i kolonoskopia bez znieczulenia. Badania nie były łatwe, ale
 

Pan był ze mną. Lekarz po badaniach poinformował mnie, że wszystko jest w porządku a po nadżerce na przełyku i hemoroidach nie ma śladu. Chwała Bogu !!! Wiedziałam, że Bóg jest wierny. Wypełnił swoją obietnicę. Poza tym znaleziono przyczynę podwyższonego tętna (obniżony poziom żelaza we krwi spowodowany obfitymi miesiączkami).

Wierzę że Pan wypełni obietnicę też w tej kwestii. Można Mu ufać, jest bardzo dobry, kocha nas i chce dla nas jak najlepiej. Jest żywym Bogiem, jest Osobą, która rozumie nas, zna jak nikt inny. Swoją krwią wykupił nas spod przekleństwa zakonu, którym była również choroba. To jest niezwykły zaszczyt i przywilej, że mogę być Jego dzieckiem. Mogę spotykać się z Nim o każdej porze i w każdym miejscu. Mogę kochać Go, uwielbiać!
 
                                                              - Kasia


   
                 
         
 
               
   
Finanse w życiu chrześcijanina - wyzwania i oczekiwania
   
   

Patrząc powierzchownie na współczesny świat, moglibyśmy scharakteryzować go jednym stwierdzeniem: wszystko kręci się wokół pieniędzy. Może jest to duże uogólnienie, niemniej jednak już od wczesnego dzieciństwa słyszymy od rodziców, że mamy się uczyć, bo inaczej nie znajdziemy dobrej pracy, w domyśle dobrze płatnej. Już siedmiolatki zazdroszczą sobie choćby różnych modeli komórek, zamiast cieszyć się z faktu, że w ogóle w tym wieku posiadają telefon. Wstydzą się lub zamartwiają, że ich typ nie ma najlepszego aparatu czy odtwarzacza mp3. W szkołach dzieci gorzej ubrane, czyli nie w najmodniejszych ciuchach z najnowszej kolekcji, są często dyskryminowane i wyśmiewane. Podobnych przykładów, również z życia dorosłych ludzi, można by wymieniać jeszcze bardzo wiele. Na szczęście są też pozytywne aspekty związane ze sferą finansową. W każdym razie nikt nie zaprzeczy, że pieniądze stanowią ważny element naszego
 

funkcjonowania w społeczeństwie. Z tego też powodu jest to istotne zagadnienie również w życiu chrześcijanina. Niestety jeśli chodzi o powodzenie finansowe, to kwestia ta budzi liczne kontrowersje i jest przyczyną rozłamów w Kościele. Wszystko zaczyna się od podstawowego założenia, czy chrześcijaninie w ogóle powinni oczekiwać zaopatrzenia w sferze materialnej? Niektórzy twierdzą, że nie. Przecież nie przystoi nam, naśladowcom Jezusa, być zamożnymi ludźmi. Żyjąc w ubóstwie i skromności powinniśmy okazywać pokorę wobec Boga. Jednak taki sposób myślenia prowadzi do umartwienia. Umartwiając się czynimy z naszego życia pewnego rodzaju ofiarę, a przecież ostateczną i pełnowymiarową ofiarę poniósł za nas Jezus na krzyżu. Jeśli naprawdę w to wierzymy, nie musimy wszystkiego sobie odmawiać i żyć o przysłowiowym chlebie i wodzie.

Przeglądając karty Starego i Nowego Testamentu trudno nam będzie znaleźć
 

mężów Bożych żyjących w ubóstwie. Wręcz przeciwnie, wielu z nich było bardzo zamożnymi ludźmi, jak choćby Abraham czy Hiob. Również apostołowie byli zaopatrywani we wszystko, czego potrzebowali. Na tych przykładach widać wyraźnie, że Bóg nie ma nic przeciwko bogactwu i dobrobytowi. Jako kochający Ojciec zaopatruje swoje dzieci w powodzenie we wszelkich dziedzinach. Oznacza to, że nie musimy mieć wyrzutów sumienia z powodu zakupu telewizora LED, czy Mercedesa. Samo posiadanie wartościowych rzeczy nie jest niczym złym. Jak mówi Apostoł Paweł w Liście do Tymoteusza (6,10), "korzeniem wszelkiego zła jest miłość pieniędzy", nie pieniądze same w sobie. Dobrobyt nie musi być więc zły, jeżeli nie wynika z chciwości. Bardzo istotne jest aby umieć rozgraniczać te pojęcia. Wielu ludzi reaguje alergicznie słysząc, że jakiś kościół jest z nurtu "prosperity" (czyli naucza o powodzeniu finansowym) gdyż uważają, że zależy im tylko na pieniądzach. I w tym miejscu należało by
   
                 
   

się zatrzymać i omówić pewne kwestie. Czy pieniądze są złe? Czy jest coś złego w tym, że chcę lepiej zarabiać? Wszystko zależy od tego na co te pieniądze zamierzamy przeznaczać. Samo posiadanie pieniędzy nie może być złe, gdyż każdy z nas potrzebuje ich aby żyć. A dlaczego chcę mieć ich coraz więcej? To jest najważniejsze pytanie.

Każdemu chrześcijaninowi od momentu nawrócenia, powinien przyświecać jeden, główny cel – przyprowadzić do Jezusa jak największą liczbę ludzi. Jak to osiągnąć? Niewątpliwie studiując Biblię i dbając o własny wzrost duchowy, aby móc właściwie nauczać. Do tego trzeba jednak posiadać wystarczające zasoby finansowe. Każdy z nas pełni w ciele Chrystusa inną funkcję, dlatego gdy jeden będzie w tym miejscu myśleć o kwocie np. trzy tysiące, drugi może potrzebować nawet trzy miliony. Czy to oznacza, że ten drugi jest zachłanny? Wcale nie. Powodem, dla którego Bóg obdarza nas powodzeniem jest to, abyśmy
 

 

wykorzystywali je wspierając działa Boże, wykonując tym samym wolę Pana. Jeśli ktoś ma słabo płatną pracę i ledwo starcza mu na wyżywienie rodziny, albo musi spędzać w pracy większość dnia, to jak ma znaleźć czas na głoszenie Ewangelii? Albo jak głosić ją wszelkiemu stworzeniu na całej ziemi, kiedy nie stać nas na bilet lotniczy? Posiadanie odpowiedniej ilości pieniędzy jest gwarantem tego, że będziemy w stanie właściwie wypełniać wolę Bożą. Niektóre organizacje potrzebują dużych sum, bo wysyłają misjonarzy na cały świat i muszą im zapewnić odpowiednie warunki bytowe oraz pokryć wszystkie konieczne koszty. Wydają miesięcznie spore kwoty, ale dzięki temu ludzie się nawracają i zyskują życie wieczne, a przecież każdy człowiek jest bezcenny! Ktoś inny chciałby na przykład docierać do ludzi pisząc opowiadania lub inne teksty prozatorskie. Nie potrzebuje do tego od razu milionów, ale chociaż sprawnego laptopa.  Boże powodzenie nie oznacza, że każdy z nas

   
               
   

będzie bogaty i będzie miał sześć zer na koncie. Bóg zapewnia nam godne życie i odpowiednie warunki do wykorzystania naszych talentów w swoim wielkim dziele. Jeżeli ktoś pragnie pieniędzy tylko dla siebie, koncentrując się na pomnażaniu własnych dóbr, to trudno nazwać takiego człowieka mężem bożym.

Kolejnym istotnym zagadnieniem jest to, jak zapewnić sobie Boże powodzenie. Przyglądając się niektórym życiorysom wyraźnie widać, że wielu ludzi pobłądziło starając się znaleźć właściwy schemat postępowania. Ten postąpił tak i tak, otrzymał to i to. Kiedy więc ja zrobię podobnie, to też mi się uda. Taki sposób myślenia jest bardzo niebezpieczny. Nie ma uniwersalnych metod przyjmowania powodzenia. Może to rodzić rytuały, a później religię. Zresztą dla każdego z nas powodzenie oznacza coś innego. Dlatego nie starajmy się na siłę szukać sposobów na zapewnienie sobie Bożego powodzenia. Pan sam powiedział, że nam błogosławi, gdy postępujemy zgodnie z Jego słowem, jak napisano choćby w Księdze Izajasza 1,19: Jeżeli zechcecie być posłuszni, z dóbr ziemi
 

będziecie spożywać lub w Ewangelii Mateusza 6,33: Ale szukajcie najpierw Królestwa Bożego i sprawiedliwości jego, a wszystko inne będzie wam dodane. Czytajmy zatem Boże słowo, wypełniajmy Jego wolę, głośmy Ewangelię, wykonujmy sumiennie nasze obowiązki, a Pan z pewnością się o nas zatroszczy. Ostatnią rzeczą, przy której należałoby się zatrzymać, jest werset 38 z szóstego rozdziału Ewangelii Łukasza: Dawajcie, a będzie wam dane. Są różne nauki związane z tym fragmentem i ogólnie z koncepcją dawania. Niektóre z nich głoszą, że otrzymasz stokroć tego, co dasz. Nie można traktować tego dosłownie, gdyż z matematycznego punktu widzenia każdy z nas powinien być już miliarderem. Spójrzmy na ten oto przykład:

1 zł x 100 = 100 zł zwrotu,   100 zł x 100 = 10 000 zł zwrotu,   10 000 x 100 = 1 000 000 zł zwrotu itd.

Jednak nie o to chodzi. Problem wielu ludzi polega na tym, że dają, bo chcą otrzymać. Każdy chrześcijanin powinien dawać, ponieważ kocha Pana. Inaczej może doprowadzić go to do rozczarowania oraz
 

frustracji. Jeśli daje tylko po to, by otrzymać, to nie robi tego z ochotą i szybko może zacząć wypominać sobie, że można było wykorzystać te pieniądze w inny sposób. Poza tym z niecierpliwością oczekuje na swoją "wypłatę" i denerwuje się kiedy nie przychodzi. Natomiast kiedy ofiarowuje się swój czas i finanse z miłości do Boga, sprawia to prawdziwą radość. Nie oczekuje niczego w zamian, ponieważ Słowo Boże mówi wyraźnie, że Pan zaopatruje nas w to, co trzeba. Dlatego też ważne jest, aby uświadomić sobie, czy robi się to dla Pana, wspierając jakąś instytucję charytatywną czy chociażby swój lokalny kościół. Nimi administracyjnie kierują ludzie, a każdy z nich może nas zawieść i w konsekwencji zniechęcić do ofiarowywania pieniędzy na Boże dzieła. Pan nigdy nie zawodzi i zawsze będzie nas kochać. Pamiętajmy więc, że cokolwiek robimy, to robimy to dla Niego. A nawet gdybyśmy nigdy nie ofiarowali nikomu ani złotówki, Jego miłość do nas nie zmaleje ani o drobinę. Ponieważ dawać powinniśmy zupełnie dobrowolnie i bez żadnego przymusu.
   
                 
           
 
               
Czy można być dobrym człowiekiem?
   

Bardzo popularnym w dzisiejszym świecie poglądem jest to, że nie ważne w co się wierzy, byle być dobrym człowiekiem. To natomiast powinno wystarczyć, żeby dostać się do Nieba albo czyśćca, jeśli czeka nas oczywiście coś po śmierci. Osoby takie nie wierzą najczęściej w istnienie szatana, nie są też przekonane do biblijnego Boga. Wyznają natomiast istnienie absolutu, jakiejś ponadnaturalnej siły, oraz bezosobowego dobra i zła. Jeśli mimo wszystko Biblia jest w Twoich oczach jakimś autorytem, warto posłuchać co mówi na ten temat Jezus. W Ewangelii Marka 10,18 czytamy: "Czemu nazywasz mnie dobrym? Nikt nie jest dobry, tylko jeden Bóg". Wypowiedziane przez Jezusa słowa powinny niejednego skłonić do refleksji. Warto zajrzeć w tym miejscu w głąb własnego serca. Co to znaczy być dobrym? Czy jest gdzieś zapisana definicja co to oznacza? Biblia w innym miejscu mówi, że każdy człowiek zgrzeszył, a konsekwencją grzechu jest śmierć. W obliczu tych słów nikt nie powinien uważać się za dobrego człowieka. Bo czy dobry człowiek miałby spodziewać się kary? Niebardzo, tymczasem każdy z nas przekroczył kiedyś któreś z X Przykazań, a zatem według Biblii, nie może liczyć na Niebo.

Na szczęście, jest dla wszystkich dobra
 

nowina. "W tym objawiła się miłość Boga do nas, iż Syna swego jednorodzonego posłał Bóg na świat, abyśmy przezeń żyli." [1 List Jana 4,9] Aby odnieść to do własnego życia, trzeba odpowiedzieć sobie wpierw na pytanie, czy wierzę w Jezusa Chrystusa, który oddał swoje ciało, przelał swoją krew i umarł na krzyżu również za mnie, biorąc na siebie całą należną karę za mój grzech? Gdyby bycie "dobrym człowiekiem" było uczciwie mówiąc w ogóle możliwe i w pełni wystarczalne, to po co na świat miałby przychodzić Syn Boży? Jego pobyt na ziemii sprowadzilibyśmy wtedy jedynie do 3 lat służby nauczania oraz do uczynionych cudów. Ktoś powie może "aż", ale chodziło przecież o coś znacznie więcej! Gdyby uznać, że ludzie sami potrafią o siebie najlepiej zadbać, dobrzy idą do Nieba, a ci z wyboru źli do piekła, pobyt Jezusa na ziemi i Jego śmierć na krzyżu straciłyby sens. Myśląc w ten sposób, nie trudno oskarżać wciąż Żydów o zabicie Mesjasza oraz zatrzymać się na aspekcie umartwienia i cierpienia, zamiast przyjąć chwałę płynącą ze Zmartwychwstania. Jezus przyszedł na ziemię będąc w 100% Bogiem i w 100% człowiekiem. Był taki jak my i doświadczył wszystkiego poza grzechem. Śmierć i zmartwychwstanie, jak przepowiadali prorocy, były Jego misją od momentu
 

narodzin. Wszystko po to, aby wybawić od grzechu wszystkich ludzi, aż do skończenia świata. Za darmo, z bezwarunkowej miłości i z łaski. Bez względu na osobę. Bóg dał nam zbawiene jedynie i aż - PRZEZ WIARĘ. Jak mówi Pismo Święte "Bo jeśli ustami swoimi wyznasz, że Jezus jest Panem, i uwierzysz w sercu swoim, że Bóg wzbudził go z martwych, zbawiony będziesz". [List do Rzymian 10,9] Nie przez zasługi, nie z powodu religijnego życia, nie dlatego, że nikogo nie zabiliśmy ani nie okradliśmy. Nie za sprawą chodzenia co niedzielę do kościoła, uczestnictwa w pielgrzymkach, nabożeństwach i innych spotkaniach. Drogą do Boga nie są też jak się okazuje dobre uczynki. Nie, żeby ich nie czynić!! Bogu chodzi jednak bardziej o motywację i postawę serca, o ustawienie spraw we właściwej hierarchi ważności. Dobre uczynki robione nie "na siłę", "bo tak trzeba",traktowane jako przepustka do Nieba, tylko takie, które wynikają z wiary i miłości do Pana. "Albowiem łaską zbawieni jesteście przez wiarę, i to nie z was: Boży to dar; Nie z uczynków, aby się kto nie chlubił." [List do Efezjan 2,8-9] Takie właśnie jest przesłanie Ewangelii, która oznacza w tłumaczeniu z oryginału nie tyle dobrą, ale najwspanialszą nowinę, jakiej z niczyich ust wcześniej nie mogliśmy usłyszeć.
 
               
         
 
               
 
Uzdrowienie z alergii - świadectwo Mikołaja
   
 

Mówi się, że nigdy nie wiadomo co może przynieść kolejny dzień. To prawda. Najczęściej nie oznacza to nic szczególnego, tylko małe, zwykłe problemy. Ale zdarza się, że w krótkim czasie zmienić się może całkiem czyjeś życie, a nawet bieg historii.
Był 27 kwietnia 1986 roku, dzień z pozoru jak każdy inny. Słoneczne, niedzielne popołudnie zachęcało  do dłuższego spaceru. Dla mnie oznaczało jedno – prośbę do rodziców, o pozwolenie mi na spędzenie czasu w ogródku, gdzie rozwijałem swoją ogrodniczą pasję. Mieszkaliśmy wprawdzie w mieście, ale za naszym blokiem rozlegały się już tylko łąki i pola. W bezpośrednim sąsiedztwie osiedla, głównie starsi mieszkańcy, powytyczali sobie „na dziko” działki, uprawiając tam warzywa i owoce dla własnych potrzeb. Jako dziewięciolatek  byłem pośród nich wyjątkiem. Kiedy mój dziadek miał w tamtym czasie olbrzymie szklarnie, ja chciałem najwidoczniej iść w jego ślady. Doglądanie własnych pomidorów sprawiało mi wielką radość. Spędzając tamtego dnia beztrosko czas przy pieleniu grządek, nie mogłem wiedzieć o tym, że najlepiej byłoby nie wynurzać nosa z domu.
 

Poznań, 1986r.
 

Nikt zresztą nic nie podejrzewał. Taki był system i taki kraj. W tym samym czasie, stacje pomiarowe wielu państw zachodniej Europy notowały gigantyczny wzrost promieniowania radioaktywnego, przekra-czającego normę nawet pięć tysięcy razy! Jako pierwsi podali to do wiadomości publicznej Skandynawowie, a w Polsce mogli się o tym dowiedzieć jedynie słuchacze zakazanego i zagłuszanego przez partię radia Wolna Europa. Komunikaty mówiły o przemieszczającej się znad terytorium ZSRR chmurze zabójczych pierwiastków jodu 131 i cezu, sugerujących awarię reaktora elektrowni jądrowej. Nikt nie wiedział jednak, że chodziło konkretnie o Czarnobyl. Kiedy czas był na wagę złota i można było jeszcze jakoś chronić się przed promieniowaniem, na oficjalną reakcję naszego rządu trzeba było czekać niemalże dwie doby. Stąd decyzja o podaniu dzieciom „płynu lugola” choć słuszna, była mocno spóźniona. Najbardziej narażone były narządy tarczycy u dzieci i mogły one zdążyć radioaktywny pierwiastek już wchłonąć. Moskwa wydała rzetelny komunikat o Czarnobylu dopiero kilka dni po zdarzeniu, zatajając przy tym
   
               
 

i tak prawdę o skali skażenia, ofiarach i przeprowadzonych ewakuacjach setek tysięcy ludzi, między innymi z miasta Prypeć.

Wracając do mojej osobistej historii, jeszcze latem tego samego roku, niespodziewanie pojawiła się u mnie astma oskrzelowa i alergia. Lekarze prowadzący później moje leczenie, wskazywali na możliwą zależność choroby właśnie od Czarnobyla. Do dziś nie ma na to dowodów, a naukowcy spierają się w ogóle co do wpływu katastrofy na ludzkie zdrowie. Kiedy jedni wykazują wielokrotną zachorowalność np. na raka tarczycy w niektórych obszarach dotkniętych skażeniem, inni kompletnie bagatelizują skutki czarnobylskiej katastrofy. Bez względu na to, kto i jakie ma dziś argumenty, w 1986 roku zachorowałem i stało się to nagle. Diagnoza lekarska była dużym zaskoczeniem – astma oskrzelowa przyszła znienacka, właściwie „znikąd”, ponieważ w rodzinie nikt wcześniej na nią nie chorował.
Przez krótki okres czasu moje życie całkowicie się odmieniło i dla mnie, jako małego chłopca nie miało to w ogóle znaczenia, czy stał za tym Czarnobyl, czy
 

nie.Jedyne czego chciałem, to żeby znów być zdrowy. Było to jednak tylko marzenie i pozostało nim na wiele lat. Rzeczywistość, w jakiej przyszło mi żyć, oznaczała częste wizyty w szpitalu, przyjmowanie serii leków, zastrzyków, czy wreszcie terapie odczulające. Mój stan jednak ani trochę się nie poprawiał. Przywykłem, że w okresie kwitnienia traw, drzew i zbóż, poza koniecznością pójścia do szkoły, lepiej było nigdzie się nie ruszać. Mam w pamięci jak żywy pewien obraz, kiedy wracam „awaryjnie” z placu zabaw do domu, kicham raz za razem, a łzy ciekną mi ciurkiem z oczu. Na przestrzeni od maja do lipca podobne sytuacje były normalnością i musiałem się z tym pogodzić. Przez całą resztę roku dokuczało mi uczulenie na kurz, sierść zwierząt i wiele innych spraw. W mojej karcie choroby znalazł się pewnego dnia bezduszny zapis: „ŚWINKA MORSKA, RYBY – ZLIKWIDOWAĆ!”. Rodzice bez dłuższego zastanowienia postąpili zgodnie z zaleceniem lekarki. Wywiesili na osiedlu ogłoszenia, a nowy właściciel gryzonia znalazł się od ręki. Jako 12-latek nie miałem dostatecznej siły przebicia i nic do gadania.
 

1987r.
   
             
 

Przez wiele lat prócz postępowania do przodu najpierw na ścieżce edukacji, później zawodowej, poza ciekawością świata i popełnieniu paru młodzieńczych błędów, nic wielkiego w moim życiu się nie działo. Aż nastał rok 2008. Przeżyłem wtedy nowe narodzenie, to znaczy uwierzyłem w Jezusa nie tyle jako postać historyczną, ale jako Syna Bożego, który umarł kokretnie za mnie, za moje grzechy. Ta przemiana w żaden sposób nie wiązała się z jakimś religijnym aktem, pielgrzymką, czy znanym od dziecka kościołem. We wcześniejszym życiu nie byłem bierny i próbowałem wszystkiego co znałem, czego mnie uczono. Mimo to stałem w miejscu. Tym razem stało się inaczej. Dosłownie od pierwszej chwili, zaczęły  po kolei zmieniać się różne aspekty mojego życia. Porzuciłem wiele złych przyzwyczajeń, naprawie uległy sprawy osobiste, sfera uczuć, nadeszły przełomy w postaci prawdziwego przebaczenia innym, miłości do obcych ludzi, a także rozwiązania w życiu zawodowym i w finansach. Nie wierzyłem jednak z początku, że takiej samej odpowiedzi mogę spodziewać się w kwestii zdrowia. W tym temacie nie miałem nawet nadziei. Byłem pewien, że Bóg dopuszcza
 

cierpienie w naszym ciele, ponieważ ma nas ono wzmacniać w wierze, byśmy byli w niej doskonalsi. Od dziecka karmiłem się historiami świętych, którzy umarli bardzo młodo, najczęściej na nieuleczalną chorobę. Dlatego z najlepszym chrześcijańskim wzorcem kojarzyłem raczej życie w klasztorze, na misji, w niedostatkach i cierpieniu. Szczerze mówiąc wizja ta była mi odległa, a nawet mnie przerażała. Nie widziałem się w takiej roli, choć swoje problemy zdrowotne traktowałem jako ofiarę, choć skromną, to miłą Bogu. Było to w moim odczuciu niesienie swojego krzyża. Myślałem, że tego właśnie Bóg od nas oczekuje, ponieważ nie miałem szansy, aby ktoś naświetlił mi wcześniej tą sprawę w inny sposób. Wszystko zmieniło się wtedy, kiedy zacząłem czytać Biblię. List do Rzymian 10,17 mówi, że „Wiara jest ze słuchania, a słuchanie przez Słowo Chrystusowe”. Wcześniej wierzyłem w to, co mówili wokół inni ludzie, co słyszałem na filmach i czytałem w książkach. Dopiero później odkryłem, co mówi na ten temat Pismo Święte. Poznając Nowy Testament dowiedziałem się, że Bóg tak samo zainteresowany jest naszym uzdrowieniem
 

i wszelkim powodzeniem dopóki żyjemy na Ziemi, co zbawieniem i życiem wiecznym w Niebie. Mnóstwo fragmentów Słowa potwierdziło mi, że Jezus uzdrawiał zawsze i wszystkich. Nie ma od tej reguły wyjątku. Ludzie byli uwalniani z wszelkich fizycznych dolegliwości. Czytamy, że „obchodził Jezus całą Galileę, nauczając w tamtejszych synagogach, głosząc Ewangelię o Królestwie i lecząc wszelkie choroby i wszelkie słabości wśród ludu.” (Mateusza 4,23) „Aby się spełniło, co przepowiedziano przez Izajasza proroka, mówiącego: On niemoce nasze wziął na siebie i choroby nasze poniósł.” (Mateusza 8,17). Dowiadujemy się o wskrzeszeniach z martwych, odzyskiwaniu wzroku, o chromych, którzy zaczynali chodzić i o wielu innych, niezwykłych cudach uzdrowieńczych. Można by pochopnie pomyśleć , że działo się to przecież 2000 lat temu, a poza tym stał za tym Jezus, jak zatem odnosi się to wszystko do nas, zwykłych ludzi, dzisiaj? Tę sprawę również dość dokładnie opisuje Biblia. Jezus dał swoim naśladowcom tą samą moc czynienia cudów, jaką sam dysponował. Ewangelia Marka kończy się wytycznymi DLA WSZYSTKICH wierzących:
   
               
 

2009r.
 

„A takie znaki będą towarzyszyły tym, którzy uwierzyli: w imieniu moim demony wyganiać będą, nowymi językami mówić będą, węże brać będą, a choćby coś trującego wypili, nie zaszkodzi im. Na chorych ręce kłaść będą, a ci wyzdrowieją.” (16:17-18). W Ewangelii Jana czytamy zaś: „Zaprawdę, zaprawdę, powiadam wam: Kto we Mnie wierzy, będzie także dokonywał tych dzieł, których Ja dokonuję, a nawet większe od tych uczyni, bo Ja idę do Ojca.” (14:12)

Przełom nastąpił dopiero w 2011 roku, czyli 3 lata po nawróceniu i 22 lata od czasu rozpoczęcia się choroby. Po raz pierwszy od niepamiętnych czasów zapas chusteczek higienicznych i leków był mi w maju całkiem zbędny. Nagle uświadomiłem sobie, że nie mam kataru i było to naprawdę niezwykłe uczucie. Czy ja umiem żyć bez „mojej” choroby, która towarzyszyła mi właściwie przez całe życie? – pomyślałem z uśmiechem. Teraz, gdy piszę moje świadectwo, mija właśnie kolejny sezon, kiedy jestem wolny od skutków pylenia roślin! Co takiego się wydarzyło, w konsekwencji czego doświadczyłem tak nagłej odmiany stanu zdrowia? Z pewnością nie pomoże tu szukanie odpowiedzi u lekarzy i wśród konwencjonalnych metod leczenia. Nie stały za tym również leki homeopatyczne, ani jakiekolwiek inne terapie. Zaufałem Jezusowi, zgodnie ze Słowem, że umarł i
 


zmartwychwstał także za to, żebym był zdrowy. Nie wiem dokładnie w którym momencie pęta choroby rozwiązały się. Na przestrzeni kilku miesięcy przed stwierdzeniem uzdrowienia, modliłem się o tę sprawę kilkakrotnie sam, a także w grupie osób, trzymając się Bożej obietnicy.

Uwierz, że także dla Ciebie i Twoich dolegliwości, Bóg już 2000 lat temu przygotował ratunek. Jezus zrobił dla nas na krzyżu wszystko. Odbierz więc to, co się tam wydarzyło, przyjmij pełnię łaski płynącą z Jego ofiary. Modląc się nie wyznawaj w kółko próśb i nie wypłakuj się na swój stan, gdyż Bóg o tym wszystkim wie. Po prostu oddawaj Mu chwałę, wywyższaj Go, dziękuj za uzdrowienie, które już się dokonało. I czyń to szczerze, w otwartości serca, nie nastawiając się na efekt, nie sprawdzając czy modlitwa już zadziałała, czy nie. Nie dopuść też do narzekania, mówienia komukolwiek o chorobie. Odpędzaj w imię Jezusa złe myśli, żeby nie otwierać drzwi diabłu, który będzie próbował zabić w Tobie wiarę. To, co wypowiadamy, ma wielką moc. Wierzę, że Twój problem się rozwiąże, Ty też w to uwierz!

Zachęcam Cię też do wysłuchania serii nauczań „Bóg chce żebyś był zdrowy”.

Polecam też książkę "Bóg ciągle uzdrawia" Leszek Korzeniecki i Iza Jachimiak

   
               
         
 
               
Polska rzeczywistość - religia nieświadomości
   

Każdy chcąc nie chcąc zatopiony jest w świecie pełnym koscielnych tradycji, zwyczajów, sakramentów i świąt.

Wszystko zaczyna się od chrztu, w trakcie którego wszystko dzieje się niezależnie od woli noworodka. To rodzice wyznają swoją wiarę i podejmują decyzję. Obrzęd dotyczy więc nie tyle dziecka, ale ich samych.

Czas szybko mija i niedługo później przychodzi czas na Pierwszą Komunię. Dziecko ma już 8 lat, ale sytuacja nie różni się wiele od wspomnianej wcześniej. Młody człowiek uczy się dopiero pisać, nie zna jeszcze historii, nie potrafi samodzielnie myśleć, a w ślad za tym, nie potrafi absolutnie podejmować za siebie decyzji. Obok pierwszych kroków w szkole, wiele czasu zajmuje mu beztroskie spędzanie czasu na zabawie. Dziewczynki skaczą w gumę, chłopcy bawią się klockami... Czy w tym wieku można świadomie wybrać Chrystusa? Nie trzeba chyba długo szukać odpowiedzi na to pytanie. W opozycji do tak
 

ważnej z punktu widzenia Biblii decyzji, stoi też cała otoczka wyprawianej ceremonii, prześcigającej się w formie: sukienki, garniturki i bezmyślnie drogie prezenty. A gdzie są w tym wszystkim rodzice tych dzieci? Osobiście przeraża mnie to, że z reguły o wszystkim wiedzą, mówiąc, że cała ta uroczystość, dla dziecka w takim wieku nie ma sensu. Nic jednak z tym nie robią.

Czy następny etap przynosi zmiany? Przyjrzyjmy się. Kolejną ceremonią kościelną jest bierzmowanie, przyjmowane w wieku 15-16 lat. Zdarza się, że osiąga ktoś wówczas próg minimalnej dojrzałości, choć nie oszukujmy się - stanowi to niezwykłą rzadkość. Na pytanie zadane przez moją żonę gimnazjalistom, o co w tym sakramencie chodzi, większość potrafi wymienić wybór drugiego imienia i związanego z tym patrona. Poza tym słychać opinie, że "bierzmowanie lepiej mieć, żeby nie było kiedyś problemu ze ślubem". Prócz znajomości kilku modlitw na pamięć, trudno szukać u młodzieży większej wiedzy na
 


temat bierzmowania. Wiele sakramentów, które mogą dotyczyć większości z nas już nie zostało. Zobaczmy, jak jest ze ślubem. Tu pierwsze skrzypce również odgrywa tradycja. Przy okazji wykonywanej pracy, spotkałem na swojej drodze wiele młodych par, mając wiele okazji do luźnej rozmowy. Okazuje się, że dość często, gdyby nie naciski rodziców i ich argument "co ludzie powiedzą", pary zawierałyby jedynie ślub cywilny. Niektórzy przyznają otwarcie, że zdecydowali się na ślub kościelny, głównie z powodu jego bardziej uroczystej formy. Większości młodych ludzi brakuje świadomości i odpowiedzialności, że przysięgę małżeńską składają w tym wypadku nie przed księdzem, ale przed Bogiem.

Wszystkiemu temu trudno się wielce dziwić, skoro Bóg jest ludziom na co dzień obcy, a wszystko co wiąże się z kościołem, z pokolenia na pokolenie, dzieje się najczęściej w imię tradycji.

   
           
   
         
               
    "Niewygodne fakty" - czyli czarna karta w historii kościoła    
    otwórz na stronie Wikipedii
"Synod Trupi" 897r.
 

Czytam kolejną kartę postanowień Soborów Kościoła (wyd. katolickie "WAM") i znów mam ochotę rzucić książkę w kąt. Historia kościoła kryje w sobie wiele treści, zupełnie obcej przeciętnemu człowiekowi. Mrowie dogmatów, które kala dziś proste przesłanie Ewangelii z czasów Apostolskich, urosło na podłożu głupoty, pychy i "papieskiej nieomylności", i jest lekko mówiąc niezgodne z nauczaniem Pisma Świętego. Tradycja Kościoła, liczona od momentu zakończenia prześladowań chrześcijan w 313r. do dnia dzisiejszego, przeczy Tradycji Apostolskiej, a tak zdecydowanie być nie powinno. Bieg chrześcijaństwa można przyrównać do rzeki, która krystaliczna jest u źródeł, a nie nadająca się do picia, wręcz trująca przy ujściu do morza.

Czy wiesz, że Wyprawy Krzyżowe zabiły "w imię Jezusa" podobny procent populacji, co w XX wieku unicestwił holokaust? Od parudziesięciu lat jest na to określenie -
 

"ludobójstwo". Z lekcji historii powinien zostać ci w pamięci fakt wysłania przez rzymskiego biskupa krucjaty dziecięcej, skazanej od samego początku na niepowodzenie i pewną śmierć wszystkich jej uczestników. Gdyby wydarzenia te działy się w XX wieku, odpowiedzialni za nie ludzie byliby sądzeni o zbrodnie przeciw ludzkości i straceni. Tymczasem autorzy tych podłości, na długo pozostaną żywi, za sprawą doktryn i dogmatów, jakie wprowadzali jednocześnie w Kościele i które obowiązują do dnia dzisiejszego.

Historia mówi o wielu przypadkach okrucieństwa i niemoralności wśród papieży. Największe zgorszenie sieje tzw. "synod trupi". Trudno więc szukać uzasadnienia tzw. "sukcesji apostolskiej", czyli rzekomego przekazywania insygniów kościelnej władzy od św. Piotra po dzień dzisiejszy, nawet w znaczeniu ciągłości fizycznej. A co dopiero w tym ważniejszym wymiarze, a mianowicie


   
                 
   

ciągłości (niezmienności) nauczania. Czasy ciemności w Kościele nie wiążą się jedynie z epoką średniowiecza. Wystarczy wspomnieć teorię heliocentryczną, obalaną przez Kościół Katolicki jako zagrożenie dla wiary aż do XX wieku! Wydana w 1530r. książka M. Kopernika "O obrotach ciał niebieskich" znalazła się w indeksie ksiąg zakazanych i była oficjalnie niezgodna z nauką katolicką przez ponad 400 lat. Do teraz bardzo kontrowersyjny jest proces Galileusza w 1633r., w wyniku którego, (wg oficjalnej wersji) został on zmuszony do wyrzeczenia się herezji heliocentrycznej i skazany przez "Święte Oficjum" na kilkuletni areszt.

Dla utrzymania wyższości nad pospulstwem, wykształceni byli zwykle jedynie księża. Każdy kto zdołał wykształcić się poza Kościołem, stanowił potencjalne zagrożenie. Zdobyta wiedza, dziwna w oczach innych,
 

mogła okazać się uprawianiem czarów, a stamtąd wiodła już krótka droga na stos...

Kościół Apostolski z biegiem lat zmieniał się i zmieniał, aż przyjął formę znaną nam dzisiaj. Zamiast budować Kościół z ludzi szczerze pragnących Boga, oddanych Mu każdego dnia, zamiast głosić dobrą nowinę o Jezusie, który odebrał za nas całą należną karę za grzechy, zamiast głosić Boga, który jest Miłością, który zaopatruje, który uzdrawia - jak mówi Pismo Święte, wznosi się zimne mury, próbując ograniczyć do nich Bożą obecność. Ale złote ołtarze, kielichy, kadzidła, monstrancje, jak i czerwona lampka na ołtarzu, są jedynie substytutem, próbującym przedstawić Boga zimnego, odległego, surowego, wymagającego, którego oczekiwaniom nie sposób sprostać. Regułki, terminy, chodzenie do spowiedzi przynajmniej raz w roku i przyjęcie od czasu
 

do czasu opłatka, to nie komunia w rozumieniu jedności Ciała - Kościoła, jaki 2000 lat temu powołał Jezus.

Strach myśleć o tym, co przyniesie przyszłość. Niedawno powstał np. projekt wprowadzenia V dogamtu maryjnego, mówiącego o roli "współodkupicielki" Marii na równi z Jezusem... Teoria zyskuje w Kościele coraz większe poparcie. Skąd biorą się takie pomysły? Jak można mieć przed Bogiem odwagę, na głoszenie tak przewrotnych, ubliżających Mu nauk?

Wiem z autopsji, że początkowo trudno jest przyjąć tak sporą dawkę informacji i uwierzyć, jak doprawdy źle się w Kościele działo. Jak się jednak przekonasz, do tego akurat nie potrzeba wiary. Wszystko to bowiem zapisane jest czarno na białym, na kartach historii.
   
               
           
 
               
    O bezmyślnym kultywowaniu tradycji    
   

Podobnie, jak bardziej rozsądne jest picie wody ze źródła rzeki, niż z jej ujścia do morza, pewniej jest pokładać ufność w Biblii, aniżeli w powstałej na jej motywach religii. Każdy z nas ma prawo przyjąć i zastosować w życiu jedynie to, co 2000 lat temu przykazał Jezus Chrystus. W Ewangelii Marka 13:31 czytamy, że "Niebo i ziemia przeminą, ale słowa moje nie przeminą". Mamy gwarancję, że nauka zawarta w Nowym Testamencie jest stale aktualna. Innymi słowy, możemy trzymać się tylko tego, co jest tam powiedziane, pomijając wszystko to, co zostało dodane po dzień dzisiejszy. Do zrozumienia nauki Jezusa i przyjęcia Jego ofiary dla swojego życia, nie jest nam potrzebna żadna instytucja. Najlepszymi, najbardziej kompetentnymi i w pełni wystarczalnymi interpretatorami Ewangelii, pozostaną na zawsze pierwsi Apostołowie. Ich wskazówki dla powstającego Kościoła (w sensie wspólnoty wierzących), możemy przeczytać w Dziejach Apostolskich i 21 Listach.
 

Wykonujemy często różne czynności i przestrzegamy obyczajów tylko dlatego, bo w dzieciństwie powiedziano nam, że tak należy postępować. Nie opieramy się temu, gdyż tak robią wszyscy, a na świecie normę wyznacza większość. Na pytanie czy tradycję warto bezmyślnie kultywować, próbuje odpowiedzieć poniższa, humorystyczna historia.

"Podczas świątecznej krzątaniny w kuchni, dziewczynka patrzyła jak przyrządza się indyka. Kiedy na ostatnim etapie pracy mama przecięła mięso na pół, córka spytała dlaczego indyka nie piecze się w całości? Odpowiedź brzmiała, że tak trzeba, bo tak robiło się u niej w domu. To jedno zdanie mogłoby zamknąć temat, jednak dociekliwy umysł dziecka nie dawał za wygraną. Dziewczynka postanowiła więc zapytać o to samo babcię. Ale i ona nie rozwiązała zagadki mówiąc podobnie, że jest to stary i sprawdzony przepis jej matki.
Dziecko miało na szczęście możliwość podjęcia jeszcze
 

jednej próby, gdyż w ich rodzinie żyła wciąż prababcia. Tym razem, wytłumaczenie zdawało się wszystko wyjaśniać. Staruszka odparła - Cóż mogę powiedzieć; miałam kiedyś dość mały piekarnik i cały indyk się w nim nie mieścił, dlatego przecinałam go na pół...”.


„Ten lud czci mnie wargami, lecz sercem swym jest daleko ode Mnie. Ale czci Mnie na próżno, ucząc zasad podanych przez ludzi. Uchyliliście przykazania Boże, a trzymacie się ludzkiej tradycji”. [Ewangelia Marka 7,6-8]

Jak wskazuje przytoczony wyżej fragment, Jezus piętnuje wykonywanie tradycji, w oderwaniu od szczerej wiary. Nowy Testament poświęca wiele miejsca złym owocom, jakie rodziło przedkładanie religijnych zwyczajów, ponad autentyczną, wewnętrzną, duchową relację z Bogiem. Wielokrotnie możemy dowiedzieć się o ludziach, którzy na zewnątrz wyglądali bardzo przykładnie, a jednocześnie nie
   
                 
   

oddawali jednak należnej czci i uwielbienia dla Boga, za czym stała prawda o ich zatwardziałych sercach. Bóg nie wymaga od nas czynienia rzeczy widzialnych dla oczu. Rzecz jasna nie przeszkadzają mu one, ale do czasu, kiedy nie stają się zamiennikiem lub substytutem wiary. Trzeba mieć świadomość, że zwyczaje religijne czynimy tylko dla siebie. Potwierdza to nauka głoszona przez Jezusa i jej interpretacja przez pierwszych jego uczniów. A któż mógł lepiej zrozumieć Boży zamysł niż oni?
 

Pierwotne chrześcijaństwo nie tyle nie obchodziło znanych nam dzisiaj świąt, co odcinało się od wyznaczania jakichkolwiek szczególnych dat. Dla nich każdy jeden dzień był dobrą okazją żeby mówić o Bogu, obcować z Nim i cieszyć się Jego obecnością. Codzienne życie koncentrowało się wokół wspólnych spotkań, dzielenia się świadectwami Bożego działania i na modlitwie. Ważne było i nadal jest to, co niewidzialne ale prawdziwe, całkowite powierzenie się Chrystusowi. Gdyby jeszcze
 
   
               
     

święta były naprawdę czasem szczerego uwielbienia Boga, w całości poświęcone jego Osobie, nie byłoby w nich przecież nic złego. Znamy tymczasem ich prawdziwe oblicze, jak ciężko pracujemy aby cały dom lśnił, aby choinka była najpiękniej przystrojona, a potrawy na stole starannie przyrządzone według najstarszych tradycji. Ale czy pomiędzy tym wszystkim, w przeciętnej polskiej rodzinie, znajdzie się czas na refleksję czego te święta w ogóle dotyczą? Angażujemy się osobiście przy stole w
 

rozmowę na temat przyjścia na świat Jezusa? Powiedzenie "ale byliśmy w kościele" może nic nie znaczyć, kiedy w domu temat Boga jest delikatnie mówiąc niepożądany. Rozmowy nie zastąpią zaledwie symbole, w postaci opłatka, jemioły, sianka i szopki. Nie tłumaczmy się również wiekiem dzieci, którym święta wiążą się przede wszystkim z prezentami, św. Mikołajem, zwanym też gwiazdorem lub aniołkiem. Takie stawianie sprawy jest hipokryzją, skoro wysyłając swe pociechy do I Komunii
   
                 
   

uważaliśmy je widocznie za dostatecznie dojrzałe w wierze. Wreszcie Wielkanoc, gałązki bazi, wiosenne kolory i zające! Właśnie, czy ktoś zadał sobie pytanie, skąd wzięły się te zające??! Wielką Sobotę rozpoczyna masowy marsz do "święconki". Czy poza wypełnianiem tradycji ktokolwiek wie, dlaczego kropi się różne potrawy? Podobno święcone lepiej smakuje. Zdaje się więc, że i tym razem jesteśmy świadkami przerostu formy nad treścią, a nieraz wręcz kompletnym brakiem treści.
 

Zmiany zaczęły się dziać od momentu uczynienia chrześcijaństwa religią państwową Cesarstwa Rzymskiego, w IV wieku. Konwersja politeizmu i pogaństwa do chrześcijaństwa, pociągnęła za sobą m.in. adaptację już wcześniej istniejących tam świąt. Przypadające na 25 grudnia święto "Sol Invictus" (niezwyciężonego słońca) przekształcono w Boże Narodzenie. Znany nam zwyczaj ofiarowywania sobie prezentów w tym czasie, istniał już na długo przed naszą erą! Trochę na siłę ustalono też termin
 
Jan Paweł II w szopce w Zakopanem...
   
                 
   

obchodzenia Wielkanocy, co było absolutnie umowne i podobnie jak w przypadku Bożego Narodzenia, nie ma oparcia w Biblii (hipoteza zbudowana na hipotezie). Z Nowego Testamentu dowiadujemy się o fakcie narodzin Jezusa oraz o Jego Zmartwychwstaniu, ale nie znajdujemy dat tych wydarzeń. A skoro wierzymy, że Nowy Testament zawiera wszystko to, co Bóg uznał za stosowne i wystarczające by nam przekazać, to znaczy, że konkretne terminy narodzin i ukrzyżowania Jezusa nie powinny mieć dla nas znaczenia. Fakty te mają wielką wagę same w sobie i nie odnoszą się do tego, by czynić świętem jakieś dwa dni w roku, ale mobilizują do podporządkowania im całego życia. W wyniku przemian politycznych, wojen i przyłączania nowych terenów do państw chrześcijańskich,
 

Kościół zyskiwał nie tylko nowych wiernych, ale wchłaniał z nimi często ich tradycje, co potwierdzają nawet teolodzy katoliccy. Dzięki temu transformacja z jednej wiary do drugiej, następowała bezboleśnie. Ludzie w dalszym ciągu czcili swoje "bóstwo" lub obchodzili dotychczasowe święto, tyle że już z nową nazwą. Tym sposobem nie dość, że powróciła do racji bytu starożytna, przedchrześcijańska obrzędowość, to z biegiem czasu stawała się ona coraz ważniejsza, by w dzisiejszych czasach osiągnąć absolutne apogeum. Mijały pokolenia, epoki, a kolejne tradycje powstawały na gruncie poprzednich.

Do obchodów Wielkanocy włączono np. starosłowiańskie, pogańskie „Jare święto”...
 

a z nim święcone jajka, potrawy, malowanie pisanek. Śmigus – to pierwotnie uderzanie się gałązkami baziowymi, znane obecnie pod hasłem „Boże rany”, później dyngus – oblewanie się „świętą wodą" dla wygonienia złych duchów, dziś znane wszystkim święcenie potraw, czyli wspominana już "święconka".

Obrastanie chrześcijaństwa ludową tradycją przyczyniało się do przerostu formy nad treścią i jednoczesnego, mimowolnego oddalenia się Kościoła od Ewangelii i nauki apostolskiej. Dlatego prawdziwe jest powiedzenie - Bóg nie ma wnuków, tylko dzieci. Nie można przekazać wiary poprzez tradycję. Każdy sam musi się określić, czy jest dzieckiem Boga, czy nie.
   
                 
           
 
               
    Dlaczego na próżno oczekiwać globalnych przemian w Kościele?    
   

Skoro historia kościoła i Biblia nie pozostawiają żadnych wątpliwości, kiedy i jakie popełniono błędy, wiele razy spotkałem się z pytaniem dlaczego nie mógł temu zaradzić żaden papież i wprowadzić stosownych zmian? Pamięć o Janie Pawle II, jako największym autorytecie duchowym w oczach większości Polaków, każe spytać dlaczego choćby właśnie on tego nie uczynił?

Nadzieję mogło budzić to, że jako pierwszy i jedyny spośród "głów kościoła", przeprosił podczas uroczystości Milenijnych za popełnione przez Kościół Katolicki na przestrzeni wieków błędy. Szkoda, że do końca pontyfikatu za słowami nie poszły jakby można oczekiwać czyny, to znaczy odwołanie postanowień soborów, wprowadzonych wtedy, gdy w kościele źle się działo. Trudno darzyć zaufaniem tych, którzy z jednej strony łamali podstawowe chrześcijańskie zasady (kardynalne błędy takie jak śmiertelne wyroki św. Inkwizycji, wysyłanie wypraw krzyżowych m.in. nawet krucjaty dziecięcej!), a z drugiej strony wydawali zarządzenia. Przypomina to sytuację, kiedy ktoś z autorytetem zostałby słusznie osądzony i skazany za ciężkie zbrodnie, a ludzie na całym świecie w dalszym ciągu żyliby według jego zaleceń. Nic bardziej absurdalnego, taka sytuacja nigdy by się nie wydarzyła. Taki człowiek zdyskredytowałby się w oczach ludzi do tego stopnia, że nikt by o nim nie chciał więcej słyszeć. Załóżmy hipotetycznie, że któryś z
 

papieży ogłosiłby zniesienie wielu obowiązujących dogmatów i innych zasad wynikających z tradycji. Weźmy np. wspomniane milenijne przemówienie, w którym Jan Paweł II powiedziałby prawdę jakie błędy Kościoła pokutują do dziś, np. że czyściec jest tylko hipotezą, a ofiary finansowe i intencje mszalne nie mogą nic zmienić. Ponieważ ludzie nie lubią czuć się oszukani i zwykle źle radzą sobie z negatywnymi emocjami, można by się spodziewać najgorszego - masowych apostazji, rozruchów, podpaleń budynków kościołów. Ogromny przewrót nie obyłby się zapewne bez ofiar. Można podejrzewać, że



 

niejeden papież dobrze wiedział o nieprawidłowościach w Kościele oraz o sprzecznościach nauczania z Biblią, jako przecież jej znawca, czyż nie? A mimo to, najwidoczniej żaden z nich nie chciał mieć na swoich rękach krwi i umywał je od odpowiedzialności za miliony ludzi, ba, obecnie już miliard katolików na całym świecie. Gdyby nawet którykolwiek papież odważył się upublicznić prawdę, zapewne dla ratowania sytuacji błyskawicznie stwierdzono by u niego chorobę psychiczną, usunięto natychmiast z urzędu lub nawet otruto (jak miało to miejsce w historii nie raz). Trzeba pamiętać, że Watykan to państwo, machina, zarządzana przez szereg osób. Powiedzenie całej prawdy byłoby z jednej strony słuszne, bo bezkompromisowe. Jednak strach przed dużo gorszą w skutkach rewolucją aniżeli reformacja Lutra, daje zapewne ciche przyzwolenie w Kościele na trwanie w kłamstwie.

Co zatem robić? Z pewnością nie ma sensu czekać na jakiś zdecydowany ruch Kościoła, ani próbować wprowadzać reform, co można by odnieść do próby zatrzymania rozpędzonego pociągu własnym ciałem. Zamiast tego warto zastanowić się nad swoim własnym życiem, rozważyć co jest w nim do zmiany i podjąć decyzję o nawróceniu, by dalej podążać już za Jezusem. Najwięcej pożytku przyniesie innym świadectwo Twojej przemiany oraz jej owoce.
   
                 
           
 
               
    O dobrze pojętej jedności i ekumenii w Kościele    
   

"Nie tylko za nimi proszę, ale i za tymi, którzy dzięki ich słowu będą wierzyć we Mnie; aby wszyscy stanowili jedno, jak Ty, Ojcze, we Mnie, a Ja w Tobie, aby i oni stanowili w Nas jedno, by świat uwierzył, że Ty Mnie posłałeś. I także chwałę, którą Mi dałeś, przekazałem im, aby stanowili jedno, tak jak My jedno stanowimy."


Ewangelia Jana 17,20-22 mówi o Jedności. Czy mamy do niej jednak dążyć za wszelką cenę? Kiedy przyglądamy się naszej planecie, w zachwyt wprawia nas niesamowite bogactwo przyrody, zapierają dech w piersiach rozmaite formy geologiczne, wielkie akweny, flora i fauna. Niewątpliwie świat jest tak ciekawy dzięki swej różnorodności, w czym ma swój udział także człowiek. Gdy wzniesiemy wzrok ponad mapę polityczną świata, w kolorowej mozaice ludzkich ras zamiast podziałów, można dostrzec harmonię i piękno. Nie ulega wątpliwości, że wieloraka kultura regionów, będąca dziełem człowieka, jest obok przyrody równie cennym skarbem. Próba stworzenia jednej kultury byłaby błędem i raczej nie o to chodziło Jezusowi. Nie należy mylić ze sobą jedności i jednolitości. Jak wypełniać zatem słowa Jezusa? Jedności powinniśmy szukać niezależnie od swych zewnętrznych różnic. Ponieważ nie ma szans na odnalezienie wspólnego mianownika na
 

gruncie fizycznym, powinniśmy szukać go na gruncie duchowym. Jedność możemy osiągnąć jedynie poprzez bazowanie na jednakowym i niepodważalnym CREDO wiary. "Credo" to stanowić może tylko Biblia, która przetrwała próbę czasu i pozostała w niemalże niezmienionej formie od ok. 300 roku, jak dokumentuje największe znalezisko - Kodeks Synajski.

Jezusowi nie chodziło o jedność jakąkolwiek, tylko jedność w Nim, poprzez uczynienie Go skałą i fundamentem dla własnego życia. Cały Kościół, nie tylko Rzymsko-Katolicki, potrzebuje nowego narodzenia. Tylko w ten sposób może nawiązać się na nowo chociażby komunia Watykanu z Prawosławiem. Ich korzenie prowadzą bowiem do tego samego miejsca – do Jezusa. Tradycja religijna jest nieistotna, bo różna i podzielona. Nie może zatem być brana pod uwagę. Pod tym względem, jedni do drugich nie są w stanie się dopasować, ciągnąc spór, kto i z czego miałby zrezygnować. Tymczasem Jezus jest niepodzielny i bezkompromisowy. Jak mówi św. Paweł w 1 Liście do Koryntian 1,10-13 "A proszę was, bracia, w imieniu Pana naszego, Jezusa Chrystusa, abyście wszyscy byli jednomyślni i aby nie było między wami rozłamów, lecz abyście byli zespoleni jednością myśli i jednością zdania. Albowiem
 

wiadomo mi o was, bracia moi, od domowników Chloi, że wynikły spory wśród was. A mówię to dlatego, że każdy z was powiada: Ja jestem Pawłowy, a ja Apollosowy, a ja Kefasowy, a ja Chrystusowy. Czy rozdzielony jest Chrystus? Czy Paweł za was został ukrzyżowany albo w imię Pawła zostaliście ochrzczeni?"


Powołując się na przykład Jana Pawła II i jego Encykliki UT UNUM SINT, mówi ona właśnie o dobrze rozumianej ekumenii. Choć są biskupi (np. z Francji), którzy uznają to nauczanie za totalną herezję. Problem wynika stąd, że wolą oni trzymać się kurczowo tradycji, aniżeli Ducha Bożego. Ze swoim sposobem myślenia, szukając jedności na sposób fizyczny i ludzki, tworzą kolejne mury podziałów, umacniając zamiast fundamentu, kościelną denominację.

Warto choć spróbować wyobrazić sobie powtórne przyjście Jezusa. Wskazałby On jedną denominację i powiedział – oto są prawdziwi wyznawcy, reszta to odstępcy? Nie śmiem wypowiadać się za Jezusa, ale nie sądzę. Jestem przekonany, że lista osób zbawionych zapisana jest w Niebie, w Księdze Żywota, o czym czytam w Piśmie. I wierzę, że jest to lista ponaddenominacyjna, ponadwyznaniowa.
   
                 
           
 
               
    u Boga nie ma przypadków, czyli jak poznałem swoją Drugą Połowę?    
   

W połowie sierpnia zadzwonił do mnie telefon, którego w ogóle się nie spodziewałem. "Przy telefonie Ciocia Kaja" - usłyszałem. Byłem niesamowicie zaskoczony, bo choć pamiętałem z kim mam przyjemność, nie słyszeliśmy się chyba z 10 lat! Zostałem zaproszony na wernisaż Cioci, na którym miała pokazać całą życiową twórczość - mianowicie obrazy wyszywane ręcznie oraz gobeliny. Kiedy zacząłem się trochę wahać czy z zaproszenia skorzystam, odparła ona, że nie może mnie zabraknąć, mam być i już! Zamurowało mnie. Nie potrafiłem już odmówić. Zgodnie z rozmową kilka dni później wybrałem się w podróż, wraz z GPS, który miał mi wskazać sąsiadującą miejscowość, bo docelowa "Dąbrowa" była tak mała, że nie zaznaczono jej na żadnej mapie. Jak się ostatecznie okazało, były tam 3 domy! Pod koniec trasy zabłądziłem, a ponieważ komórki nie miały zasięgu, nie mogłem się do kogokolwiek
 

dodzwonić by spytać jak trafić do celu. Byłem zrezygnowany, chciałem już zawracać i jechać z powrotem do domu. W ostatniej chwili oddzwoniła kuzynka i poprowadziła mnie. Kiedy wjechałem na dziedziniec dużej, pięknej posesji, wydawało mi się, że wszyscy na zewnątrz czekają już tylko na mnie. Uczestnikami zjazdu była głównie rodzina, ale wiele twarzy widziałem po raz pierwszy. Przyjechały nawet osoby z Niemiec i Anglii. Pośród tłumu dostrzegłem pewną dziewczynę, która nieśmiało się do mnie uśmiechała. Okazało się, że jako jedyna (wraz ze swoim bratem i jego żoną) była niespokrewniona, łączyły ich z "nami" jedynie koneksje zawodowe. Prócz paru słów przy okazji przypadkowego wpadnięcia na siebie, nie mieliśmy okazji dłużej porozmawiać, aż nieoczekiwanie minęło kilka godzin i spostrzegłem, że Justyna wstaje od stołu i zaczyna kierować się do wyjścia. Jej wzrok utkwił jednak w moich
     
                 
   

oczach, a ja odprowadziłem ją spojrzeniem do wyjścia. Nie ulegało wątpliwości, że spodobaliśmy się sobie. Justyna uśmiechnęła się i zniknęła mi z pola widzenia. Po chwili zawahania wstałem i wyszedłem na zewnątrz, nie wiedząc jeszcze co mam zrobić, co powiedzieć, jeśli tylko ona tam jeszcze będzie. Justyna stała obok samochodu, gdzie szykował się już do drogi brat z żoną i dziećmi Zdążyłem. Justyna nie potrafiła ukryć zadowolenia na twarzy. Odezwałem się pierwszy z zapytaniem, czy już wyjeżdżają (choć pytanie było głupie, bo przecież widziałem, że tak). Spytałem Justynę czy zostanie, z dopowiedzeniem i uśmiechem, że ja nocuję do następnego dnia - bo wstępnie tak właśnie byłem umówiony. Ciocia miała tam wiele pokoi i stojąc obok, zareagowała natychmiast, zachęcając Justynę do przedłużenia sobie pobytu. Ze swojej strony zapewniłem szybko, że następnego dnia oferuję podwiezienie do
   

Poznania. Suma sumarum Justyna została! Dalej to był naprawdę niesamowity czas.
Kiedy ktoś z gości sprowokował rozmowę na temat wiary, nie chciałem siedzieć w ukryciu. Jako nowonarodzony chrześcijanin, który dwa miesiące wcześniej przyjął chrzest, trudno było nie rozmawiać o Bogu, przy wszelkiej możliwej okazji. Dostrzegłem, że Justyna jest żywo zainteresowana tym, co mówię. Ciągnęła mnie za język, więc cały wieczór przesiedzieliśmy później przy Biblii, rozważając wiele fragmentów Nowego Testamentu. Justyna była katoliczką, jak przyznała - mało praktykującą z powodu braku przekonania i nieznajomości innej drogi. Podkreślała, że inaczej mówię o Jezusie i wierze niż pozostali, naturalnie, bez denerwującej jej dotąd religijności. Coś między nami zaiskrzyło. Kiedy wracaliśmy następnego dnia do domu, ona miala już ponoć przekonanie, że mógłbym być jej
   
               
     

mężem. Po raz pierwszy w życiu dziewczyna pierwsza spytała mnie czy chcę się z nią jeszcze spotkać, bo ona chce! Oznajmiła, że mam (wg GPS-a) jeszcze kilkanaście kilometrów na zastanowienie się :) Od samego początku drogi rozmyślałem żeby wymienić się telefonami, ale dopiero jak będziemy na miejscu. Tak się też ostatecznie stało. Spotkaliśmy się już drugiego dnia, później trzeciego, czwartego i wszystko potoczyło się bardzo szybko. Po tygodniu byliśmy już gośćmi na pewnym ślubie w mojej rodzinie, bo miałem od dawna zaproszenie z osobą towarzyszącą. Tak jakby miejsce to czekało właśnie na Justynę. Kończąc pomału historię naszego poznania, wiem że zawdzięczam to wszystko Bogu. Niedługo przed wyjazdem na wernisaż Cioci Kaji, modliłem się na grupie domowej wraz z braćmi i siostrami z Kościoła o żonę. Nie przypuszczałem, że odpowiedź przyjdzie tak
 

szybko. W ciągu 3 miesięcy Justyna zawierzyła swoje życie Jezusowi i 23 listopada przyjęłachrzest. Było to w dniu jej urodzin, a zatem odtąd mogła obchodzić już podwójne święto - narodzin cielesnych i duchowych. Została uzdrowiona z depresji, na którą cierpiała wiele lat oraz momentalnie z nałogu palenia - to był cud! Innym cudem jest też sam fakt, że Justyna wybrała się wtedy do Dąbrowy, bo do tamtej pory przez długi czas miała lęk przed samym tylko wyjściem z domu.

Historia naszego poznania jest o tyle jeszcze bardziej wyjątkowa, że Ciocia Kaja odeszła miesiąc po wernisażu. Brat Justyny rozstał się natomiast w tym samym czasie zawodowo z drugą Ciocią. Miesiąc później nie moglibyśmy się już poznać. Taki scenariusz mógł napisać tylko Bóg!
   
           
 
               
Cud poczęcia - świadectwo Justyny i Mikołaja
   

Wiele osób mających zostać rodzicami mówi, że poczęcie przez nich dziecka, to największy cud, jaki im się w życiu przytrafił. W pełni to potwierdzam, jako że co dopiero dowiedziałem się, iż zostanę ojcem i jest to niezwykłe uczucie! W naszym przypadku możemy jednak mówić o podwójnym cudzie, ponieważ staraliśmy się o potomka przez 3 lata, a ciąża jest konkretnym dowodem Bożej miłości i mocy. W okresie starań o dziecko miewaliśmy gorsze chwile, jednak nie traciliśmy wiary. Od czasu, kiedy przyjąłem Jezusa Chrystusa jako mojego Pana i Zbawiciela, byłem osobiście świadkiem wielu cudów. Wspomnę w tym miejscu chociażby o uzdrowieniu z alergii na pyłki, która dokuczała mi od dzieciństwa przez kilkanaście lat. Miłość Boga dostrzegałem też we wszelkich innych aspektach mojego życia. Problemy finansowe, jakie dawniej mi się mnożyły, tuż po przyjęciu chrztu zniknęły bez śladu i tak jest do dzisiaj. Od czasu ślubu, jako głowa domu, nie mam powodów do zmartwień, bo  całe potrzebne zaopatrzenie, zawsze przychodzi na czas.

Oczekując pozytywnych wieści  w staraniach o dziecko, nie byliśmy bezczynni. Wiele osób wysyłało nas do lekarzy, mówiąc, że jeśli chcemy w tym temacie „coś zdziałać”, powinniśmy rozpocząć odpowiednią terapię. Ale nie poszliśmy za ich głosem. Dziękując Bogu za wszystko, co dotąd otrzymaliśmy, chcieliśmy podążać za żywym Słowem Biblii.
 

Byliśmy z żoną zgodni co do tego, że zwrócenie się w stronę medycyny osłabiłoby naszą wiarę i zablokowałoby możliwość głoszenia Ewangelii innym ludziom. Nie mogliśmy do tego dopuścić.  Wiedzieliśmy, że Bóg zawsze chce błogosławić swoim dzieciom w aspekcie zdrowia. Utwierdziły nas w tym jeszcze wysłuchane nauczania  – „Bóg chce żebyś był zdrowy” Andrew Wommacka, „Pioneer Bible School” Torbena Sondergarda, a wreszcie książka Leszka Korzenieckiego oraz Izy Jachimiak „Bóg ciągle uzdrawia”. Doświadczaliśmy w międzyczasie przeróżnych uzdrowień - ze wspomnianej już alergii, przewlekłego bólu pleców, grypy. Nie jeden raz, natychmiast po modlitwie ustępował ból głowy, mięśni itp. Nie mogliśmy poradzić sobie jednak tylko i aż z tą jedną sprawą. Być może miały na to wpływ nawarstwiające się, negatywne doświadczenia? Dziś myślę, że tak. Kolejne i kolejne porażki, coraz bardziej próbowały zakłócić nam pewność tego, że rozwiązanie naszego problemu przyjdzie przez wiarę. W Liście do Hebrajczyków 11,1 czytamy zaś: „Wiara jest pewnością tego, czego się spodziewamy, przeświadczeniem o tym, czego nie widzimy.”
Ostatecznie postanowiliśmy udać się do kogoś, kto nie tyle wierzy jak my, co wprowadza tę wiarę w czyn. Do kogoś, kto pomodli się o nasze uzdrowienie bez wątpliwości, a my po prostu doczekamy się dziecka. Okazało się, że taką najbliższą nam
 

osobą jest Leszek Korzeniecki, autor wspomnianej już książki, pochodzący z oddalonego o 700km od nas Węgorzewa. Odległość nie miała jednak dla nas większego znaczenia. Ostatecznie dowiedzieliśmy się o możliwości spotkania z autorami „Bóg ciągle uzdrawia”, w o połowę bliższym nas Koszalinie i bez dłuższego zastanowienia wybraliśmy się tam. Wpierw wysłuchaliśmy niesamowitego przesłania, które bardzo nas dotknęło i pozwoliło otworzyć serca na modlitwę. Kiedy później podeszliśmy do przodu, Leszek powiedział coś, co utkwiło mi mocno w pamięci: „Chcecie mieć dziecko? I będziecie mieli”. Powiedział to z taką pewnością, jakiej z ust wierzącego wcześniej nie słyszałem. Tam nie było miejsca na żadne „ale”…

Po powrocie do domu, przez dwa tygodnie dziękowaliśmy Bogu za pozytywne rozwiązanie sprawy, tak jakbyśmy mieli już w rękach badanie potwierdzające ciążę. Wreszcie nadeszła długo oczekiwana chwila. Kiedy na teście pojawiła się druga kreska, najpierw żona, później ja, patrzeliśmy w osłupieniu. Badanie krwi rozwiało wszelkie wątpliwości. UDAŁO SIĘ!  Doczekaliśmy się tego, czego oboje pragnęliśmy, a mimo wszystko, nie mogliśmy w to uwierzyć – w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Nie docierało do nas jeszcze, czego właśnie doświadczyliśmy, powaleni wielkością i wiernością naszego Ojca w Niebie!