POD PRĄD - światu, religii i tradycji. W poszukiwaniu Boga, prawdy i nadziei.
  ELEKTRYZUJĄCE WIEŚCI: bliska relacja z Bogiem bez dewocji i religijności. O czym się nie mówi? Historia kościoła i nieznane fakty,
tradycje świąteczne z perspektywy Biblii, kult maryjny i świętych, relikwie, dogmaty, zmieniony Dekalog, doktryny, czyściec i nie tylko.
 
           
        Wybierz interesującą Cię historię:  
           
      Świadectwo Mikołaja: mój dorobek dwudziestu lat wiary licząc od I Komunii, w jej dotychczasowym rozumieniu, został zdyskredytowany w przeciągu 20 minut. Przez niespełna 2 kwadranse legło w gruzach przekonanie, że jestem dobrym chrześcijaninem, który wypełnia właściwie wolę Boga.  
           
      Świadectwo Krysi: "Powiedz mi, kto wy jesteście? Mówicie, że chrześcijanami. To dlaczego ja się tak w środku denerwuję, jak mówicie o Jezusie? Przecież ja też jestem chrześcijanką... No przecież katolik, to też chrześcijanin, prawda?" Odpowiedziała mi na to: "My na swej drodze znaleźliśmy Jezusa".  
           
      Świadectwo Justyny: Kiedy miałam dziesięć lat, umarła moja mama. Tata ponownie się ożenił. Dopiero po ślubie wyszło na jaw, że jego nowa wybranka jest alkoholiczką, lekomanką i w dodatku mnie nienawidzi. Dom stał się piekłem. Pragnęłam, aby mój los się w końcu odmienił. Powiedziałam na głos: „Jezu, chcę iść za Tobą, proszę wyprowadź mnie z ciemności, w której tkwię.  
           
      Świadectwo Łukasza: Nigdy nie miałem wątpliwości, że to czego mnie uczono i to, w co wierzę, jest prawdą. Nie odczuwałem potrzeby weryfikacji moich wierzeń. To, w co wierzyłem, dostawałem podane "na talerzu" - przygotowane przez Organizację Świadków Jehowy i rozpowszechniane w różnych książkach i czasopismach, takich jak "Strażnica" czy "Przebudźcie się".   
           
      Świadectwo Oli: Dlaczego moje starania na nic się nie zdały? Gdzie podziało się dobre, religijne wychowanie nabyte w domu? Może było za słabe? Wołałam i prosiłam, aby ON stał się PANEM mojego życia, nie chciałam już żyć bez NIEGO, nie chciałam GO więcej obrażać, nie doceniając JEGO ofiary.    
           
      Świadectwo Darii: Mam 17 lat i od dwóch lat jestem uczniem Jezusa Chrystusa. Mimo swojego młodego wieku dzielę się moją przygodę z Bogiem. Mam nadzieję, że moje świadectwo poruszy szczególnie wielu młodych ludzi. Będzie im dane zobaczyć, że najlepszym przyjacielem jest Jezus Chrystus i żaden człowiek oraz różnego rodzaju atrakcje tego świata, nie są w stanie zastąpić Jego wielkiej i nieograniczonej miłości.   
           
      Świadectwo Natalii: Nie mogłam uwierzyć po ludzku co się dzieje. Moi rodzice płakali i klęczęli na kolanach, prosząc Boga o wybaczenie, a On ich uzdrowił. Słowo Boże mówi: Uwierz w Jezusa, a zbawisz siebie i cały dom swój. Od tamtego czasu rodzice przestali pić i nie mają ochoty na jakkikolwiek alkohol.  
           
               
   
ŚWIADECTWO MIKOŁAJA

Mówiąc w skrócie, mój dorobek dwudziestu lat wiary licząc od I Komunii, w jej dotychczasowym rozumieniu, został zdyskredytowany w przeciągu 20 minut. Przez niespełna 2 kwadranse legło
w gruzach przekonanie, że jestem dobrym chrześcijaninem, który wypełnia właściwie
wolę Boga.
     
   
                 
                 
   
Był 30 grudnia 2006 roku, wokół tylko lasy, drzewa pokryte grubą warstwą śniegu i ślady dzikich zwierząt. Do tego niebywała cisza, która pozwalała usłyszeć nawet własne myśli. Znajdowałem się w samym sercu Bieszczad, w miejscowości Wetlina. Święta Bożego Narodzenia mieniły się zupełnie inną aurą niż okres lata, kiedy po drogach, dróżkach, ścieżkach, płyną rzeki turystów. Tym razem było baśniowo i tajemniczo. Kiedy wyszedłem na wieczorny spacer, a drogę z powodu braku latarni oświetlała mi jedynie tarcza księżyca, poczułem się wyobcowaną jednostką, w tym chyba ostatnim bastionie dzikiej przyrody, jaki ocalał w Polsce. Ponieważ sylwester wypadał w niedzielę, a miałem w planach spędzić go na zabawie z przyjaciółmi, postanowiłem wypełnić katolicki obowiązek i udać się do kościoła w sobotni wieczór. Nie byłem może jakimś nawiedzonym religijnie typem, ale nie przywykłem też opuszczać mszy, nawet gdy sprzyjały temu okoliczności. Pamiętam wprawdzie pewien okres w życiu, kiedy nie pojawiałem się w kościele w ogóle, ale było to tuż po osiągnięciu pełnoletności, kiedy odwołano lubianego przez wszystkich księdza. Gdy czegoś zaczęło mi brakować, wróciłem jednak do dawnego, poukładanego w tej sferze życia, wyniesionego w końcu z przykładnej, religijnej rodziny. I w kwestii tej nic nie zmieniło się przez kolejne dziesięć lat, choć równolegle, zarówno przez moje życie osobiste jak i zawodowe, przetoczyła się niejedna fala niepowodzeń. Nie wchodząc w szczegóły, sobotni wieczór w Bieszczadach otwierał pewien nowy rozdział, będący próbą poskładania wszystkiego "do kupy".

Ponieważ moi przyjaciele mieli na wieczór inne plany, wybrałem się do kościoła sam, delektując się po drodze mroźnym, świeżym powietrzem, unoszącym cudowny zapach świerków. Wetlina była jak wyludniona. Drewniany, mały kościółek tonął w ciemności, tak że ledwo go można było dostrzec. Zbliżając się nabierałem obaw, czy msza w ogóle się odbędzie. Ksiądz mógł przecież informować o jej odwołaniu tydzień wcześniej, zanim tam przyjechałem. Gdy tylko otworzyłem drzwi, wątpliwości rozwiały się i w duchu przekląłem. Pod ołtarzem paliła się jedynie mała lampka, niemrawo oświetlając świąteczny żłóbek. Niemalże tak samo niska temperatura jak na zewnątrz i pustka, obrazowały nastrój tej całej, małej mieściny. Chciałem od razu ruszyć z powrotem, ale coś mnie zatrzymało. Przestąpiłem próg i podszedłem do przodu, by usiaść w ławce naprzeciw sosnowego ołtarza. Kiedy tak przez chwilę dumałem, nagle ciszę zakłóciło skrzypnięcie wejściowych drzwi. Obejrzałem się odruchowo i zobaczyłem, że do środka wszedł jakiś mężczyzna. W głowie zapaliło mi się światełko nadziei, że msza jednak się odbędzie. Tylko, że ów człowiek, prawie jak cień, zniknął równie szybko, jak się pojawił. Czas na mnie - pomyślałem - i kiedy miałem już wstać do wyjścia, nagle ołtarz rozbłysnął światłem, zadzwoniły dzwonki zakrystii i na ołtarzu pojawił się ten sam mężczyzna, tyle że w stroju księdza. W pierwszej chwili bardzo się ucieszyłem, choć radość szybko zdominował strach. Mam być tam sam, vis-a-vis z księdzem? Rozejrzałem się dyskretnie aby sprawdzić, czy w międzyczasie ktoś jeszcze się nie pojawił, ale prócz myszy, która może zaszyła się gdzieś pod konfesjonałem, nie było nikogo więcej. Bez organisty i śpiewanych "części stałych", rytuał mszy biegł do przodu jakby szybciej, aż dotarł do miejsca, gdzie kończy swoje kwestie ksiądz, a dalej mówią wierni. Kiedy zacząłem pośpiesznie szukać w głowie "jak to dalej szło", szybko przekonałem się, że tym razem zbyt rozmowny nie będę. Ciałem byłem wprawdzie w pierwszej ławce, ale w myślach wędrowałem w kierunku wyjścia. Tak, chciałem stamtąd uciec jak najdalej, a najlepiej zapaść się pod ziemię. Trudno uwierzyć, że jeszcze dziesięć minut wcześniej naprawdę chciałem uczestniczyć w tej mszy. Każdorazowo, po wypowiedzeniu paru pierwszych słów obowiązującej mnie kwestii, język tak zaczynał mi się plątać, że zmniejszałem natężenie głosu, chcąc uryć choć odrobinę niezręczne położenie, w jakim tkwiłem "po uszy". Poza modlitwą "Ojcze Nasz" nie potraiłem wydukać z siebie w całości niczego, co wcześniej bez trudu, automatycznie wypowiadałem z tłumem. Tymczasem ksiądz, dojrzały stażem w swej posłudze, bez litości i taryfy ulgowej, podążał do przodu podług mszału, zerkając w moją stronę od czasu do czasu z powagą, surowością w oczach i zarazem politowaniem. Nie jeden raz moja odpowiedź ograniczała się do mruczenia czegoś pod nosem i udawania, że doskonale wiem o czym mówię. A mówiąc wprost, mój dorobek dwudziestu lat wiary, licząc od I Komunii św., został w jej dotychczasowym rozumieniu, zdyskredytowany w przeciągu dwudziestu minut. Tyle tylko wystarczyło, by moje dotychczasowe przekonanie o byciu przykładnym chrześcijaninem, legło w gruzach. W momentach gdy milczałem, a ksiądz czekał licząc chyba na zwrot akcji, w moim sercu krzyczała rozpacz. Czułem jak gdyby od środka palił mnie ogień. Była to najkrótsza msza w moim życiu, choć wydawało mi się, że trwała całą wieczność. Z kościoła wyszedłem przerażony. Kiedy opowiedziałem historię znajomym, śmiali się. Z ich punktu widzenia było to może zabawne. Ja natomiast długo nie mogłem dojść do siebie i przez głowę przelewało mi się morze pytań. Byłem przekonany, że Bóg chciał mi w tym coś przekazać... że nie jestem w swojej wierze we właściwym miejscu. W pierwszym odruchu postanowiłem zdecydowanie się poprawić.

Po sylwestrze wyjechałem z Wetliny w turne po kolejnych bieszczadzkich miejscowościach, szukając nowych zleceń. Uczestnicząc w mszach, trawiłem ich przebieg zdanie po zdaniu. Cały 2007 rok, był dla mnie czasem wielu "ponadprogramowych" wizyt w kościele. Przynajmniej raz na tydzień się spowiadałem, a we mszy uczestniczyłem niekiedy każdego dnia. W efekcie miałem bardziej niż dotąd skupioną uwagę na Bogu, ale pytań zamiast ubywać, przybywało...

     
Pewnego razu w moim sercu pojawiło się pragnienie, aby zbliżyć się do części rodziny, z którą poza sporadyczną wymianą świątecznych kartek, nie utrzymywaliśmy kontaktu. Pamiętałem swoją kuzynkę jedynie z dzieciństwa, z wakacyjnych wyjazdów nad jezioro. Po upływie kilkunastu lat, miałem o Kasi jedynie szczątkowe wieści, że ma już dwójkę dzieci, męża Zbyszka, a ślub mieli w kościele zielonoświątkowym, do którego ponoć przeszli. Ze względu na odległość kilkuset kilometrów, zostałem zaproszony na parę dni. Już w drodze towarzyszyło mi dziwne przeczucie, że ta wizyta może odcisnąć w moim życiu jakiś pozytywny ślad. Nie myliłem się. W Kasi i Zbyszku, ich życiu małżeńskim i kontakcie z dziećmi, ujrzałem szczerą radość zbudowaną na relacji z Bogiem. Mówili o Nim inaczej niż słyszałem kiedykolwiek wcześniej - z przekonaniem, pewnością i pasją. Nie odnajdywałem w tym znanej mi dotąd religijności, o dewocji już w ogóle nie wspominając. Słuchałem jak Bóg wiele dla nich uczynił, między innymi o licznych uzdrowieniach. Pamiętam jak rozmawialiśmy przy tej okazji na temat cierpienia. Byłem wcześniej przekonany, że chorując możemy oddać swoje cierpienie Bogu jako ofiarę. W końcu Jezus też cierpiał idąc na krzyż, a my mamy go naśladować, prawda? Kasia i Zbyszek wyjaśnili mi na podstawie Biblii, że Jezus oprócz naszego grzechu, wziął na krzyż także nasze choroby i nie chce żebyśmy cierpieli. Tego i wielu innych rzeczy, nigdy w swoim życiu nie doświadczyłem, nie słyszałem, ani nie widziałem. Po raz pierwszy spotkałem się też z modlitwą "w językach". Z jednej strony było to piękne, z drugiej zaś bardzo mi odległe. Przerażała mnie myśl, jak wiele muszę uczynić, żeby zasłużyć sobie na bożą opiekę w każdej chwili życia, jaką oni mieli. Kasia i Zbyszek byli dla mnie niewątpliwie jakimś wzorcem, jednak w moim mniemaniu niedoścignionym. Męczyło mnie przekonanie, że nie potrafię sprostać takiemu wyzwaniu, będąc przygniecionym ciężarem grzechu, winy i własnej niedoskonałości. Trudno było mi pojąć, że aby te rzeczy zaczęły się w życiu dziać, nie trzeba się miesiącami lub latami do tego przygotowywać, ani zdawać przed Bogiem trudnych egzaminów. Inicjatywę przejmował rozum, który z uporem mi podpowiadał, że nic dobrego nie może spotkać mnie za darmo.

Z biegiem czasu robiłem następne, małe kroki wiary, otrzymując drogowskazy i odpowiedzi w sercu. Musiał upłynąć niemalże rok abym przyjął od Boga Jego miłosierdzie i przebaczenie, które czekało na mnie od czasu, kiedy Jezus został ukrzyżowany za moje grzechy 2000 lat temu. Po raz pierwszy w życiu sięgnąłem po Pismo Święte, bez niczyich namów, w prostocie i zupełnej wolności. Dowiedziałem się tego, czego nikt nigdy mi nie powiedział, że zbawienie jest Bożym darem dla człowieka i nie można na nie w żaden sposób zasłużyć. Jedyne, co możemy zrobić, to przyjąć je przez naszą wiarę! Osobista lektura Ewangelii była dla mnie czymś zupełnie nowym, pomimo, że przez tyle lat Biblia leżała w moim domu na półce, oraz że słuchałem jak czytano jej fragmenty co niedzielę w kościele. W miarę postępów w lekturze Słowa, coraz mocniej pragnąłem Jezusa, chcąc bardziej i bardziej przesiąknąć Jego obecnością w swoim sercu. Wiele poznawanych wersetów odnosiłem do konkretnych sytuacji w moim życiu. Czułem jakby czytane Słowo ożywiało się i leczyło wszelkie duchowe niedomagania. Równocześnie zainteresowałem się historią kościoła. Chciałem dowiedzieć się, co doprowadziło pierwotne chrześcijaństwo do współczesnego stanu? Trudno było po lekturze Biblii nie zauważyć, że nauka Jezusa i jej interpretacja przez apostołów, mocno różni się od tej, którą głosi Kościół Katolicki. Odkrywane karty historii bardzo mnie smuciły, nie pozostawiając jednocześnie złudzeń, że Prawdziwy Kościół nie może być ograniczony murami żadnej denominacji.

W lutym 2008 roku powierzyłem swoje życie Jezusowi, wyznałem że jest moim Panem i Zbawicielem! Poprosiłem aby dalej to On mnie prowadził, odkładając własne ego na dalszy plan. Wyznałem, iż wierzę, że Jezus jest Synem Bożym, który umarł również za moje grzechy i przelał za mnie swoją krew. To ja powinienem cierpieć wisząc na krzyżu za swoje grzechy. Ale Jezus nie zawahał się pójść tam za mnie, z niepojętej po ludzku miłości, stając się moim najlepszym Przyjacielem! Zapragnąłem, aby był odtąd moim jedynym Autorytetem. Oddałem Mu wszystkie swoje troski, jakie tylko mi towarzyszyły. To był naprawdę wielki czas! Odwróciłem się od starego życia, wszystkich jego błędów, niepowodzeń, porażek. Stanąłem jeszcze raz do biegu, którym jest życie. Dostałem jeszcze jedną szansę, nowy start, aby nie oglądać się wstecz i skupić się na przyszłości, zamiast rozpamiętywać i próbować naprawiać przeszłość. Wiedziałem też, że muszę znaleźć Kościół, który będzie tym, o jakim mówi Jezus i Apostołowie. Nie organizacją, świątynią, sanktuarium, po czym nie zostanie kiedyś kamień na kamieniu, tylko Kościołem w znaczeniu Mistycznego Ciała Chrystusa!!! Ostatecznie odkryłem wspólnotę ludzi podobnych do mnie, nowonarodzonych chrześcijan, którzy na jakimś etapie życia postanowili także uczynić Jezusa swoim Panem i Zbawicielem. W Kościele tym doświadczyłem nieznanej mi wcześniej miłości, więzi oraz beziteresownego wsparcia ze strony sióstr i braci w Panu. Po trzech miesiącach od momentu mojej decyzji, przyjąłem świadomie chrzest, co było jakby pieczęcią nowego narodzenia, oficjalnym przyznaniem się do Jezusa przed rodziną i znajomymi. Moim życiem kieruje od tamtej pory Duch Święty i widać mnóstwo dobrych owoców tej decyzji. Często się modlę, utrzymując stałą, osobistą relację z moim Panem! Chętnie uczestniczę w dodatkowych spotkaniach - grupach domowych, gdzie wspólnie się modlimy i rozważamy nauki płynące z Biblii. Kolejne miesiące i lata przynosiły wiele nowych, pozytywnych przełomów w moim życiu. Jeszcze w 2008 roku, po latach sceptycyzmu do "instytucji małżeństwa", odnalazłem swoją drugą połowę i po upływie zaledwie roku ożeniłem się. Justyna jest wspaniałą, wrażliwą osobą i jesteśmy razem bardzo szczęśliwi! Historię naszego poznania się możesz przeczytać w menu "Świadectwa i Refleksje".

Po wielu latach cierpień z powodu depresji, Justyna również oddała życie Jezusowi. Została uzdrowiona nie tylko z choroby, ale i z nałogu palenia. Oboje wiemy, że to Jezus jest naszą Skałą, fundamentem i tylko na Nim chcemy budować nasz dalszy związek. To On dał nam nowe życie, za co składam Bogu dziękczynienie każdego dnia!
   
           
 
               
         
ŚWIADECTWO KRYSI

"Powiedz mi, kto wy jesteście? Mówicie, że chrześcijanami. To dlaczego ja się tak w środku denerwuję, jak mówicie o Jezusie? Przecież ja też jestem chrześcijanką... No przecież katolik, to też chrześcijanin, prawda?"

Odpowiedziała mi na to: "My na swej drodze znaleźliśmy Jezusa".
   
                 
                 
   
Dziś chcę Wam powiedzieć, kim jestem i dlaczego Bóg zajmuje tak dużo miejsca w moim życiu. Wychowałam się w rodzinie katolickiej. Mama posyłała nas do Kościoła i na lekcję religii. Nauczyła nas pacierzy i pilnowała byśmy nie opuszczali Mszy Świętej. Lubiałam czytać historie, które opisane były w katechiźmie i nawet wygrywałam konkursy o tematyce religijnej, ale to wszystko nie dawało mi pewności, że Bóg istnieje (...)

Któregoś dnia koleżanka Mariola przeprowadziła się wraz z całą swoją rodziną, do naszej okolicy. Kiedy pierwszy raz ją odwiedziłam, miałam okazję poznać jej męża. Był jakiś "dziwny". Czytał Biblię, słuchał religijnych pieśni... Kiedy zobaczyłam jak on ją traktuje i jak na nią patrzy, przeżyłam szok. Mieli troje dzieci, długi staż w małżeństwie, a ja widziałam, że on ją naprawdę kocha! Zachwiało to całe moje poznanie na temat życia - miałam tam jakieś swoje pewniki. Zaczęli nas odwiedzać. Któregoś dnia Sławek przyszedł do nas sam. I tak rozmawialiśmy o tym i o owym. W pewnym momencie powiedział, że nie jest Katolikiem. Nigdy dotąd nie spotkałam człowieka z innego kościoła. Z Mariolą nigdy na ten temat nie rozmawiałyśmy. Od razu uprzedziłam Sławka, że życzę sobie, by nie próbował mnie przekabacać, bo ja jestem Katolikiem z dziada pradziada, więc i tak mu się to nie uda. Powiedziałam mu jeszcze, że szanuję jego religię, ale proszę aby on uszanował moją. Kiedy tak już wszystko wyjaśniłam i poczułam się bezpieczna, zapytałam go o różnice. On odpowiedział mi na to tak: "Człowiek żyje i bardzo dba o swoje ciało, tzn. myje je, odżywia; jakiś dobry film, jakaś dobra książka, itp... a przecież to ciało starzeje się i umiera, natomiast w ogóle nie dba o duszę, która potrzebuje pokarmu".  Jaki pokarm dla duszy? O czym on mówi? Bardzo mnie to zdenerwowało, ale oczywiście nie pokazałam po sobie, co się we mnie dzieje, bo niby z jakiej racji. Te słowa zrobiły jednak we mnie ogromne spustoszenie. Cały czas słyszałam w moim umyśle słowa "dusza potrzebuje pokarmu"... Na drugi dzień poszłam do Marioli i spytałam "powiedz mi, kto wy jesteście? Mówicie, że chrześcijanami. To dlaczego ja się tak w środku denerwuję kiedy
     
mówicie o Jezusie? Przecież ja też jestem chrześcijanką... No przecież katolik, to też chrześcijanin, prawda?". Odpowiedziała mi na to: "My na swej drodze znaleźliśmy Jezusa" (...)

Powiedziałam; "Chcę iść z wami do tego waszego Kościoła".  Ona próbowała mi to wyperswadować, że jest u nich inaczej, że ludzie ręce do góry przed Bogiem podnoszą, że niektórzy modląc się, ze szczęścia płaczą, a ja jej na to; "Czy ze skóry u was obdzierają? 
Nie? No to idę z wami". Poszłam i właśnie tam, w tym obcym kościele, spytano mnie czy chcę przyjąć Pana Jezusa do swojego serca. Ja myślałam, że chodzi o komunię i odparłam "TAK". W tym momencie Boża miłość napełniła mnie i Żywy Chrystus, Jezus zamieszkał w moim sercu. Od tego dnia minęło około 19 lat. Wciąż Jezus mieszka w moim sercu, dzięki Jego łasce i miłosierdziu.  Gdybym polegała na uczynkach, już dawno odsunęłabym się od Niego, ale Jego miłość i łaska mnie trzymają. On zmienił moje życie. Sprawił, że jestem spełniona i szczęśliwa, śmiem rzec, najszczęśliwsza na świecie. NARODZIŁAM SIĘ NA NOWO! I z Nim, z Jezusem wędruję przez swoje życie. Nigdy, nawet w najśmielszych snach, nie wyobrażałam sobie, że taka będzie moja przyszłość. Śpiewałam dawniej pewną pieśń wiele razy, ale nigdy nie przyszło mi na myśl, że to prawda i że to w życiu pracuje; "SZCZĘSCIE NIEPOJĘTE Bóg sam odwiedza mnie". Niestety dalsza część tej pieśni "O Jezu, wspomóż łaską bym godnie przyjął Cię", zamykała mi do Jezusa drzwi. Ja nigdy nie byłam dość godna abym umiała Go odpowiednio przyjąć. On jednak nie wzbraniał się narodzić w stajni mojego serca i tam zamieszkał a poprzez to SZCZĘŚCIE NIEPOJĘTE stało się moim udziałem. Dziękuję Ci Ojcze, że posłałeś swego Syna na Krzyż, i że mógł narodzić się we mnie, i że dałeś mi łaskę, że wraz z nim do nowego życia ZMARTWYCHWSTAŁAM. Alleluja! Chwałą Ci Panie! Bądź uwielbiony i wywyższony na wieki wieków AMEN!!! 

(czytaj więcej na BLOG-u Krysi)
   
           
 
               
         
ŚWIADECTWO JUSTYNY

Kiedy miałam dziesięć lat, umarła moja mama. Tata ponownie się ożenił. Dopiero po ślubie wyszło na jaw, że jego nowa wybranka jest alkoholiczką, lekomanką i w dodatku mnie nienawidzi. Dom stał się piekłem. Pragnęłam, aby mój los się w końcu odmienił. Powiedziałam na głos: „Jezu, chcę iść za Tobą, proszę wyprowadź mnie z ciemności, w której tkwię.”
   
                 
                 
   
Pan jest moim natchnieniem! Wstaję rano, otwieram oczy i widzę piękno otaczającego mnie świata. Ptaki śpiewają, słońce świeci, wiatr wprawia liście w ruch. Może wydawać się to zwyczajne, lecz kiedyś było tylko tłem rzeczywistości. Dzisiaj zachwycam się każdym szczegółem. Raduje mnie nawet kropelka deszczu
i odblask mej twarzy w jej zwierciadle. Żaden ze mnie siódmy cud świata? Być może. Jednak Bóg kocha mnie miłością bez skali, z pryszczami na twarzy czy z beznadziejną grzywką. Nie ważne czy mam, czy nie mam tytułów naukowych, czy oczywistych talentów (śpiew, rysowanie, granie na instrumentach itp.) Jestem wyjątkowa, bo jestem sobą! Bóg pokochał mnie nim jeszcze wydałam pierwszy dźwięk. To On mnie ukształtował, włożył w me serce wrażliwość, bym głębiej widziała i więcej czuła. Kocham Cię Panie! – lecz słowa nie oddadzą tego, co wykrzyczeć chce moja dusza. Bo Tyś jest mą drogą, pragnieniem i celem. Bez Ciebie nic nie ma sensu, nie osiągnę niczego. Tyś mym natchnieniem, talentem, życiem.  Codziennie uczę się Twojej miłości i dziękuję za łaskę i nowe życie. Gdyby nie Jezus umarłabym marnie, bo kroczyłam drogą ku zatraceniu. Lecz Ty Panie mnie zbawiłeś, podniosłeś z otchłani, otworzyłeś oczy, podarowałeś radość. Choćbym dziękowała w każdej sekundzie mojego życia, to i tak nie wyrazi to mojej wdzięczności.

Tak wygląda dzisiaj moje życie. Czy jestem nawiedzona? Cóż, nie uważam się za taką osobę. Nie spędzam niezliczonych godzin na kolanach odmawiając pacierze czy jeżdżąc na pielgrzymki do wszystkich miejsc „najświętszych”. Nie w taki sposób postrzegam Boga. On jest wszędzie, w autobusie, domu, parku, moim miejscu pracy i słyszy mnie bez względu na to czy klęczę, czy biegam po lesie. A najbardziej podoba mi się to, że mogę Mu powiedzieć wszystko, jak najlepszej przyjaciółce. I to własnymi słowami, a nie wyuczonymi frazami, które nie zawsze wyrażają to, co chciałabym mu akurat przekazać. Poza tym każdy dzień przynosi nowe troski, pytania, powody do radości i dziękczynienia. Zatem, gdybyś spojrzał na mnie z boku, powiedziałbyś, że jestem zwyczajną dziewczyną, normalną dziewczyną. Ale moje wnętrze jest niezwykłe, bo zamieszkał w nim Chrystus.

Jeszcze kilka lat temu byłam zupełnie inna. Przeciętna, pozbawiona jakiejkolwiek radości życia. Kiedy miałam dziesięć lat, umarła moja mama. Bardzo ciężko to przeżyłam, bo była ona całym moim życiem. Tata, choć kocham go z całego serca, nie umiał sobie poradzić z tą sytuacją i skupił się na zapewnieniu mi bytu materialnego. W sensie emocjonalnym zostałam sierotą. Dzieciaki
w szkole naśmiewały się ze mnie, zatem nie miałam nawet żadnych koleżanek. Cieszyłam się kiedy poszłam do liceum, bo tam mogłam zacząć wszystko od nowa. Jednak moja umiejętność nawiązywania znajomości była równa zeru. Więc co zrobiłam? Zaczęłam palić papierosy i od razu znalazłam „znajomych”. W międzyczasie tata ponownie się ożenił. Dopiero po ślubie wyszło na jaw, że jego nowa wybranka jest alkoholiczką, lekomanką i w dodatku mnie nienawidzi. Dom stał się piekłem i marzyłam tylko o tym, by z niego uciec, chociażby myślami. W końcu znalazłam sposób – alkohol, marihuanę. Czy pomogło? Na dwie, trzy godziny, a potem i tak trzeba było stawić czoła rzeczywistości. Do dzisiaj nie wiem jakim cudem udało mi się w tej sytuacji dostać na studia. Myślałam wtedy, że mam już z górki. Pojawili się nowi znajomi, zerwałam z facetem, który był  toksycznym typem myślącym wyłącznie o sobie, a na dodatek mój ojciec się rozwiódł. Po prostu żyć nie umierać, spełnienie marzeń. Jednak pewne doświadczenia zostawiają swoje piętno w naszym wnętrzu. Rany, które nie goją się wcale tak łatwo. Wszystkie te doświadczenia ze szkoły, z macochą itp. sprawiły, że całkowicie straciłam poczucie własnej wartości. Wszystkiego się bałam. Nikomu nie umiałam zaufać. Nienawidziłam ludzi, bo oni potrafili mnie tylko zawieść i skrzywdzić. Zaczęłam zatem wycofywać się z życia społecznego. Coraz więcej czasu spędzałam w domu, gdzie czułam się bezpieczna. Mimo iż byłam samotna, uważałam, że jest to lepsze od kolejnego zranienia. Po pewnym czasie na myśl o wyjściu z domu zaczęłam wpadać w panikę. Serce mi waliło i nie umiałam racjonalnie myśleć. Postanowiłam pójść do psychologa i nic. Psychiatra zapisał mi psychotropy i nic. Nic nie pomagało. Budziłam się każdego dnia i chciałam umrzeć, licząc na to, że śmierć zakończy to bezsensowne cierpienie. Wieczorami często płakałam i użalałam się nad sobą. Ale raz zrobiłam coś innego. Skuliłam się w kłębek i powiedziałam: „Boże pomóż mi, bo ja już dłużej nie wytrzymam”. Myślałam, że moje słowa trafiły w próżnię, ale On usłyszał. Zmiany nie nastąpiły, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Wszystko ma swój czas i Bóg działa we właściwym momencie. Ja musiałam poczekać jeszcze kilka miesięcy, ale było warto.
     
Podczas jednego, wakacyjnego weekendu mój brat wybierał się na przyjęcie do swojej koleżanki z pracy. Wiedząc, że siedzę w domu i nigdzie nie wychodzę, zaproponował mi abym pojechałam razem z jego rodziną. Na samą myśl, że mam znaleźć się wśród zupełnie obcych ludzi, prawie dostałam zawału i od razu odmówiłam. Jednak nie dawało mi to spokoju. Niemalże słyszałam wewnętrzny głos, który powtarzał: „jedź, a może coś się zmieni!”. Brat ciągle mnie namawiał, aż w końcu uległam. Nie ukrywam, że byłam przerażona, ale i szczęśliwa zarazem. Z początku myślałam, że zanudzę się tam na śmierć, bo głównie otaczali mnie starsi ludzie. Nagle w drzwiach pojawił się młody mężczyzna. Miał w sobie coś takiego, że nie dało się go nie lubić. Pogodny, uśmiechnięty, miły i zabawny. Nie wiem jak to tego doszło, ale zaczęłam z nim rozmawiać. O dziwo czułam się całkiem swobodnie, jakbym znała go od lat. W pewnym momencie poruszyliśmy tematykę Boga. Zdziwiło mnie, że mówi bez żadnego skrępowania, bo zazwyczaj ludzie unikają rozmów o wierze. W jego słowach słychać było radość, pewność i przeświadczenie o tym, że Bóg jest kochającym Ojcem, a nie surowym sędzią. Ponieważ była ku temu okazja, przeczytał mi kilka fragmentów z Nowego Testamentu i zachęcił do samodzielnej lektury. Na koniec wymieniliśmy się numerami telefonów. Po niespełna tygodniu, zadzwonił do mnie i zapytał czy nie przeszłabym się z nim w niedzielę na nabożeństwo. Należał bowiem do innego kościoła chrześcijańskiego. Pomimo moich problemów i strachu, postanowiłam się z nim wybrać. Była to najlepsza decyzja w moim życiu! Spotkałam tam ludzi, którzy nie wstydzili się swojej wiary. Otwarcie mówili, ile Bóg znaczy w ich życiu. Z radości wznosili swoje ręce podczas pieśni, aby oddać mu chwałę. Dla nich było to coś naturalnego. Stojąc tam, trochę onieśmielona, patrzyłam na zgromadzonych i zapragnęłam tego szczęścia co ich wypełniało. Po nabożeństwie wszyscy spotkaliśmy się przy kawie i ciastkach. Miałam okazję porozmawiać z kilkoma osobami. Zdziwiłam się, że znalazłam w sobie takie pokłady odwagi, bo do tej pory konwersacja z obcymi ludźmi, była dla mnie sporym wyzwaniem. Chciałam się ich zapytać, co mam zrobić, żeby znaleźć się w takim miejscu, jak oni. Spodziewałam się, że otrzymam długą listę obowiązków do spełnienia, ponieważ wiara głównie kojarzyła mi się rytuałami i czynnościami, które trzeba wykonać, by móc zbliżyć się do Boga. Odpowiedź, jaką otrzymałam, była zaskakująca: „daj się poprowadzić Bogu, zaufaj mu, czytaj Jego słowo, a On wskażę Ci drogę”. To wszystko? – pomyślałam. Przyznam szczerze, że nie wierzyłam, aby ta rada miała mi w czymś pomóc, ale co mi szkodziło spróbować.

Odnalazłam gdzieś na półce, zakurzony egzemplarz Nowego Testamentu i zaczęłam czytać. Nie od początku, po prostu wyrywkowo otwierałam strony. Aż w końcu łzy napłynęły mi do oczu, gdy przeczytałam następujące wersety: Ew. Jana 8,12: „Ja jestem światłością świata. Kto idzie za Mną, nie będzie chodził w ciemności, lecz będzie miał światło życia”. Ew. Jana 12,46: „Ja przyszedłem na świat jako światłość, aby nikt, kto we Mnie wierzy, nie pozostawał w ciemności”. Moje życie było pełne ciemności, wydawało mi się, że wszystko jest bez sensu, że jestem beznadziejna i że do niczego się nie nadaję. Nie chciałam już tak dłużej żyć. Pragnęłam, aby mój los się w końcu odmienił. Opuściłam Biblię na kolana i powiedziałam na głos: „Jezu, chcę iść za Tobą, proszę wyprowadź mnie z ciemności, w której tkwię.” Jezus nie pojawił się i nie chwycił mnie za rękę, ale każdego poranka coraz łatwiej udawało mi się rozpoczynać nowy dzień. Częściej wychodziłam z domu. Rzuciłam palenie. Czytałam Biblię i odkrywałam, że jest nadal niezwykle aktualna i zawiera praktyczne wskazówki, jak żyć. Po dwóch miesiącach przełamałam ogólne zniechęcenie, które jest jednym z najgorszych objawów depresji i zaczęłam pisać pracę magisterską. Za sobą miałam już urlop dziekański i powtarzanie roku, więc był to ostatni dzwonek. Ostatecznie obroniłam się na piątkę, a promotor powiedział, że dawno nie czytał tak dobrej pracy. Chłopakowi, którego poznałam na przyjęciu u koleżanki mojego brata, opowiedziałam o moich problemach z depresją. Nie przestraszył się tego co usłyszał, tylko wspierał mnie na każdym kroku. Był pewien, że z pomocą Boga pokonam wszelkie trudności. Z czasem zakochaliśmy się w sobie i obecnie jesteśmy bardzo szczęśliwym małżeństwem.

Bóg działa w niesamowity sposób. Bez względu na odczucia, czy na to zasługujemy lub nie, On jest zawsze przy nas i czeka na moment, w którym poprosimy Go, aby nam pomógł. A jak już to zrobimy, nasze życie zmieni się nie do poznania.
   
           
 
               
   
ŚWIADECTWO ŁUKASZA

Nigdy nie miałem wątpliwości, że to czego mnie uczono i to, w co wierzę, jest prawdą. Nie odczuwałem potrzeby weryfikacji moich wierzeń. To, w co wierzyłem, dostawałem podane
"na talerzu" - przygotowane przez Organizację Świadków Jehowy i rozpowszechniane
w różnych książkach i czasopismach, takich jak "Strażnica" czy "Przebudźcie się".
         
                 
                 
   
Urodziłem się w roku 1977, w rodzinie Świadków Jehowy. Mieszkałem razem z rodzicami i dziadkami, tj. rodzicami mojego ojca. Wszyscy byli Świadkami Jehowy oprócz mojego ojca, który kilka lat temu został wyłączony z ich społeczności za palenie papierosów i nadużywanie alkoholu. Ja wraz z siostrą zostaliśmy wychowani w wierze Świadków. Starałem się żyć zgodnie z tym, czego mnie nauczano. Nigdy nie miałem wątpliwości, że to czego mnie uczono i to, w co wierzę, jest prawdą. Chrzest w organizacji Świadków przyjąłem w wieku 13 lat i cały czas, aż do momentu mojego nawrócenia do Jezusa, ślepo wierzyłem Towarzystwu Strażnica - nie odczuwałem potrzeby weryfikacji moich wierzeń. To, w co wierzyłem, dostawałem podane "na talerzu" - przygotowane przez Organizację i rozpowszechniane w różnych książkach i czasopismach, takich jak "Strażnica" czy "Przebudźcie się". Biblię czytałem, ale przez "różowe okulary", którymi były wymienione czasopisma oraz inne publikacje Świadków Jehowy. W moim studiowaniu Biblii nie było miejsca na inspirację Ducha Świętego. To Organizacja decydowała, jaka powinna być interpretacja i właściwe rozumienie Biblii. W 1996 roku z szeregów Organizacji wystąpił mój dziadek, który był jej członkiem przez 40 lat i pełnił wysoką funkcję starszego zboru. Kilka miesięcy później w ślady mojego dziadka poszła babcia. Był to dla mnie prawdziwy cios. Dziadek z babcią dostarczali wielu dowodów na to, że Strażnica kłamie, jednak odrzucałem ich argumenty, chociaż rozmowy z nimi pozostawiły w moim sercu ziarno prawdy, które powoli kiełkowało. Od dziadka i babci dowiedziałem się, że istnieją inne społeczności wierzących, gdzie ludzie dzielą się swoją wiarą, że znają Boże imię - Jahwe/Jehowa. Później, gdy na zebraniach Świadków słyszałem jak mówiono, że tylko Organizacja jest prawdziwa, że tylko oni głoszą Imię Boże, to już wiedziałem, że jest to fałsz. Z czasem (a dokładnie na przełomie listopada i grudnia 2000 roku) przestałem przychodzić na zebrania
i utrzymywać kontakty z członkami Organizacji. Znalazłem się wtedy w rozterce, bo tak naprawdę nie wiedziałem, co mam robić dalej. Wiedziałem, że w Organizacji jest fałsz i różne poprzekręcane i często zmieniane nauki, czy też wielokrotnie wyznaczane i zmieniane daty końca świata, które się nie sprawdziły.
     
Wiedziałem, że już nie wrócę do Organizacji ŚJ, ale nie chciałem iść do innej społeczności, bo nie byłem przekonany, że w ogóle jest gdzieś prawda. Cały czas modliłem się do Boga, aby wskazał mi drogę - bo tak naprawdę w głębi serca chciałem służyć Bogu i mieć z Nim społeczność. Wtedy też nadszedł czas upadku moralnego - zacząłem chodzić na dyskoteki i pić alkohol.

W styczniu 2001 roku dziadek podarował mi książkę Billy Grahama pt. "Musicie się na nowo narodzić". Nie przeczytałem jej do końca - nie wszystko rozumiałem, więc odłożyłem ją na półkę. Dalej były dyskoteki i alkohol, ale bywały również momenty refleksji i modlitwy do Boga o Jego prowadzenie. Duch Święty już od dawna pracował nade mną, choć nie zdawałem sobie z tego sprawy. W końcu doszedłem do punktu krytycznego, kiedy stwierdziłem, że takie życie jest na dłuższą metę pozbawione sensu. Miałem wiele duchowych rozterek i wątpliwości dotyczących Boga i sposobów Jego działania. Zaczęły mnie nachodzić myśli samobójcze. Jeszcze raz postanowiłem się pozbierać - czytać Biblię i modlić się. Po raz drugi wziąłem do ręki książkę "Musicie się na nowo narodzić" i tym razem przeczytałem ją "od deski do deski" z pełnym zrozumieniem jej treści. To był moment mojej osobistej przemiany. Upadłem na kolana przed Bogiem, w gorącej modlitwie i ze łzami w oczach wyznałem Mu swoje grzechy, prosiłem aby to On od tej chwili był moim Panem i osobistym Zbawicielem. Prosiłem, aby to On przejął kontrolę nad moim życiem i aby uczynił mnie szczęśliwym człowiekiem. To był koniec kwietnia 2001 roku. Wtedy Pan Jezus wstąpił do mojego życia i zamieszkał we mnie, a ja rozpocząłem nowe życie. Zacząłem regularnie czytać Biblię i modlić się. To był początek mojej fascynacji Bogiem i życia z Nim. On zaczął obdarzać mnie pokojem i radością. W lipcu 2001 roku babcia zaprowadziła mnie na nabożeństwo do jednego ze zborów Kościoła Ewangelicznych Chrześcijan, gdzie tydzień później przyjąłem chrzest przez zanurzenie w wodzie. Do dzisiaj jestem związany z tą społecznością, w której wszyscy wzajemnie zachęcamy się do trwania w wierze. Jestem aktywnym członkiem kościoła i pragnę, aby Bóg był przeze mnie uwielbiony. Jestem wdzięczny Bogu, że pozwolił mi się znaleźć i uczynił mnie swoim dzieckiem, a teraz prowadzi drogą Prawdy.
   
           
 
               
   
ŚWIADECTWO OLI

Dlaczego moje starania na nic się nie zdały?
Gdzie podziało się dobre, religijne wychowanie nabyte w domu? Może było za słabe?

Wołałam i prosiłam, aby ON stał się PANEM mojego życia, nie chciałam już żyć bez NIEGO,
nie chciałam GO więcej obrażać, nie doceniając
JEGO ofiary. 
     
   
                 
                 
   
"Jeszcze się kiedyś rozsmucę, Jeszcze do Ciebie powrócę, Chrystusie. Jeszcze tak strasznie zapłaczę, że przez łzy Ciebie zobaczę, Chrystusie. I z taką wielką żałobą, Będę się żalił przed Tobą, Chrystusie, że duch mój przed Tobą klęknie i wtedy serce mi pęknie, Chrystusie."

Miałam jedenaście lub dwanaście lat, kiedy niskim głosem śpiewałam tę pieśń w kościelnym chórze. Nigdy wcześniej nie słyszałam niczego równie tragicznego i smutnego. W tym wieku często chodziłam do kościoła, modliłam się (a raczej odmawiałam paciorki), uczestniczyłam w licznych ceremoniałach i liturgiach, podczas których zastanawiałam się, kto wymyślił te zimne, ciemne, ponure budynki pełne figur, posągów i obrazów z bezdusznymi oczyma bez wyrazu? Mimo, że przedstawiały różne historie biblijne i wskazywały na liczne cuda, jakie wydarzyły się w tym miejscu w odległych czasach, to stojące rzędem, wypełnione obcymi ludźmi ławki oraz niezliczone zakazy i nakazy powodowały, że nie czułam się tam dobrze. Dodatkowo ciągły półmrok oraz grobowce pod podłogą sprawiały, że gdybym z jakichś powodów została tam sama, byłabym przerażona. Mimo świadomości, że w tabernakulum mieszka Pan Jezus.

Nikomu z bliskich mi osób nie zwierzałam się z dręczących mnie myśli. Głęboko w środku miałam nadzieję, że jedynie Bóg wyjaśni mi, dlaczego komuś ma pękać serce ze smutku, jak wskazywała na to śpiewana pieśń. Jednak życie pełną parą sprawiło, że szybko zapomniałam o swoich dylematach. Wkraczałam w wiek, w którym działo się tak wiele różnych, ciekawych spraw: szkoła, nowe środowisko, pierwsze przyjaźnie, miłości, rozczarowania, zawody, doświadczenia. Mojemu okresowi dorastania towarzyszyło niekiedy szaleństwo, połączone z naiwnością i głupotą. Chciałam spróbować prawie wszystkiego, co było nowe. Ponoć to typowe dla młodych ludzi. Niemniej jednak niewiele mnie satysfakcjonowało. Tym bardziej, że wewnątrz pragnęłam być dobra i chciałam unikać rzeczy, które nie podobają się Bogu. Zresztą, szybko dostrzegłam kiepskie rezultaty dopiero co uzyskanej wolności, czy tzw. dorosłości.  W mojej głowie znowu pojawiły się pytania. Dlaczego jestem słaba i nie potrafię wytrwać w niczym, co dobre? Dlaczego moje starania na nic się nie zdają, a wartości moralne są tak słabe? Gdzie podziało się dobre, religijne wychowanie nabyte w domu? Może było za słabe? Przecież jeszcze w szkole podstawowej jeździłam chętnie na różne rekolekcje, byłam u sióstr zakonnych w klasztorze...

Zaczęłam zatem zgłębiać tajniki mojej religii. Częściej chodziłam na msze, pielgrzymki, uczestniczyłam w spotkaniach duszpasterstwa akademickiego. Mimo to nie wiedziałam nadal po co żyję i czego się mogę spodziewać w dorosłym życiu. Nie chciałam robić czegoś, z czym nie do końca mogłam się utożsamić. Nie było może źle, ale do szczęścia brakowało mi bardzo wiele. Marzenia o miłości, szczęśliwym małżeństwie, w którym panuje szacunek, lojalność, wierność oraz kochającej się rodzince, w której dobrze wychowane dzieciaki wyrastają na odpowiedzialnych ludzi, były czymś tak samo irracjonalnym, jak milion wygrany w totolotka lub znalezienie czterolistnej koniczyny. Właśnie, kto nie chce znaleźć tego małego, zielonego symbolu powodzenia? Ludzie układają pasjansa, wróżą z kart, by dowiedzieć się, jak potoczą się ich losy. Ja również rozważałam, co dobrego lub złego może się przytrafić i od kogo lub czego to zależy. Widząc wokół wiele nieudanych związków, nie wiedziałam skąd mam czerpać wzorce i co wypełni moje życie szczęściem. Byłam z tym problemem zupełnie sama. W sumie, nawet gdyby istniał ktoś, komu mogłabym się zwierzyć, nie umiałabym wyrazić, o co mi właściwie chodzi. To wewnętrzne wołanie o sens nie dawało mi spokoju. Kolejne nieudane przyjaźnie i pomyłki w inwestowaniu uczuć do kogoś, kto tego nie chciał, utwierdzały mnie w przekonaniu, że może być kiepsko, a nawet beznadziejnie. Nie napawało optymizmem.  W końcu ostatnią i jedyną deską ratunku stał się Bóg.
     
W sposób dość bezczelny i bezpośredni prosiłam Go o śmierć, ponieważ nie miałam ochoty żyć kolejne pięćdziesiąt lat bez gwarancji na powodzenie i spełnienie. Cierpliwie czekałam, kiedy wydarzy się jakieś nieszczęście. O ile pamiętam, nawet się trochę denerwowałam, że Bóg jest tak opieszały. Jednak wytrwale wołałam, że chcę umrzeć. Czas płynął, a życie toczyło się dalej. Chodziłam normalnie na zajęcia na uczelni, a ja dalej nie miałam odpowiedzi. Jednak przez „jakiś zbieg okoliczności”, poznałam kolegę z akademika, który zaczął zadawać mi tzw. pytania egzystencjalne. Co się ze mną stanie po śmierci? Czy wierzę w piekło i niebo? Czy wierzę, że Biblia, jest natchnionym Bożym Słowem? Nie spodziewałam się wcale, że powyższe pytania doprowadzą do walki pomiędzy religią, którą wyssałam z mlekiem matki, a Słowem, do którego wprawdzie miałam ogromny szacunek, ale go nie znałam. Ostatecznie, to właśnie lektura Biblii, przekonała mnie do tego, że Jezus uczynił dla mnie coś szczególnego na krzyżu. Mimo to, walka ta nie była krótka ani łatwa. Ciężko mi było, tak od razu przyznać się przed kimś do tego, że obrzędy, dobre uczynki, liczni święci i wszystkie inne moje starania, nie mają zasadniczego znaczenia w moim zbawieniu. Chociaż ewidentnie kłóciły się one z rolą Jezusa i powodami, dla których przyszedł na świat, umarł na krzyżu i zmartwychwstał. Mimo, iż znajdowałam w Biblii wersety, które powinny rzucić mnie na kolana - np. List do Efezjan 2,8-9 „Albowiem łaską zbawieni jesteście przez wiarę”, albo Ew. Jana 3,7 „Musicie się na nowo narodzić”, to dopiero konkretne, radykalne pytanie „Czy możesz powiedzieć, że Jezus Chrystus jest twoim osobistym ZBAWICIELEM?”, zmieniło wszystko. Pamiętam, że przysłoniłam dłonią usta i wyznałam, że nie mogę tego powiedzieć. Dla mnie samej było to zaskakujące i nad wyraz dziwne. Ja, praktykująca katoliczka, nie chcę potwierdzić oczywistego faktu?  Nastała niezręczna cisza. W mgnieniu oka zrozumiałam, że to, do czego przywykłam i jak żyłam, nie było tym, czego chciał Bóg. Natychmiast pobiegłam do swego pokoju i upadłam na kolana, płacząc i przepraszając za ogrom swoich grzechów. Nagle uświadomiłam sobie, że to właśnie z ich powodu, w ciemności, bólu, zupełnym osamotnieniu, Jezus wisiał na krzyżu i umierał. Wołałam i prosiłam, aby ON stał się PANEM mojego życia, nie chciałam już żyć bez NIEGO, nie chciałam GO więcej obrażać, nie doceniając JEGO ofiary.  W tym bolesnym, pełnym łez i skruchy momencie, w głowie pojawiła się piosenka z dzieciństwa: Jeszcze się kiedyś rozsmucę, jeszcze do CIEBIE powrócę, jeszcze tak strasznie zapłaczę, że przez łzy CIEBIE zobaczę, że duch mój przed TOBĄ klęknie i wtedy… och, serce mi pęknie, CHRYSTUSIE!

To był Bóg, nie musiał mówić nic więcej, zrozumiałam. Moje serce wypełniała radość. Czułam się jak dziecko z sierocińca, które zostało odnalezione przez swoich rodziców. Poznałam Ojca, który kocha mnie tak wielką miłością, że poświęcił dla mnie Swego jednorodzonego Syna, abym mogła żyć i cieszyć się wolnością, czystością, pokojem i obiecanym życiem wiecznym z NIM.  Nie musiałam umierać, ponieważ Jezus umarł za mnie. Nie pragnęłam już śmierci. Doświadczyłam nowych narodzin w duchowym wymiarze. Czterolistna koniczyna lub wygrana w totolotka, jest niczym w porównaniu ze szczęściem, jakiego doświadczyłam. Rozpoczęłam nowe życie w relacji z BOGIEM. Uśmiech nie schodził z mojej twarzy, a problemy niewiele znaczyły. Wiedziałam, że bez względu na to, co dalej będzie się działo, z NIM  zawsze będę szczęśliwa – błogosławiona, że Bóg ma dla mnie dobre życie.

Jedną z wielu niespodzianek, jakie otrzymywałam, były czterolistne koniczyny, które bez wielkich poszukiwań znajdowałam na swej drodze. Był to ciąg dalszy naszego cichego dialogu, który trwa do dziś. Dziecięce marzenia są już daleko poza mną. Być może za parę lat będę babcią, ale wszystko, co najlepsze w życiu mam od Boga. Udane małżeństwo, siedmioro dzieci i świadomość, że Bóg jest z nami i wypełnia każdą dziedzinę naszego życia. To jest moje prawdziwe szczęście.
   
           
 
               
   
ŚWIADECTWO DARII

Mam 17 lat i od dwóch lat jestem uczniem Jezusa Chrystusa. Mimo swojego młodego wieku dzielę się moją przygodę z Bogiem. Mam nadzieję, że moje świadectwo poruszy szczególnie wielu młodych ludzi. Będzie im dane zobaczyć, że najlepszym przyjacielem jest Jezus Chrystus
i żaden człowiek oraz różnego rodzaju „atrakcje tego świata”, nie są w stanie zastąpić Jego wielkiej i nieograniczonej miłości. 
         
                 
                 
   
Urodziłam się w rodzinie na zewnątrz dobrej i poukładanej. Moja mama pochodziła z rodziny wielodzietnej, gdzie dominował alkohol, przemoc i notoryczna bieda. Już jako mała dziewczynka była wykorzystywana seksualnie przez swojego ojca. Dlatego kiedy skończyła  18 lat, uciekła z domu i zaszła w ciążę z moim tatą. Postanowiła sobie, że nigdy w życiu nie pozwoli, aby jakikolwiek facet rządził w jej domu. Mój tato natomiast pochodził z rodziny, gdzie na pierwszym miejscu liczyła się praca. Widział również jak dominujący wpływ miała jego mama . Nigdy też nie doznał jako dziecko miłości ze strony swoich rodziców. Słowo „kocham” było dla niego obce, za to bardzo dobrze znał się na biznesie. Postanowił sobie, że nigdy nie pozwoli, aby jakaś kobieta dominowała w jego życiu.

Małżeństwo moich rodziców było różne. Wiem, że na początku łączyła ich miłość, potem jednak każdy poszedł w swoją stronę i mimo, że mieszkali razem, tak naprawdę żyli osobno. Mama prowadziła bar, tata natomiast zajmował się handlem. Odkąd pamiętam, mama była bardzo bliską mi osobą, zawsze mogłam z nią porozmawiać i wiedziałam, że nigdy mnie nie okłamie. Miałam do niej duże zaufanie. Była tez bardzo atrakcyjna i towarzyska. Wiele koleżanek w podstawówce zazdrościło mi takiej mamy. W przeciwieństwie do mojego taty, który był dla mnie obcą osobą, nigdy tak naprawdę nie uczestniczył w moim życiu. Zazwyczaj go nie było, a jak już się zjawił to bałam się wchodzić mu w drogę. Często gdy miałam problem z matematyką, powtarzał mi, że jestem „matołem” i do niczego w życiu nie dojdę. Powoli zaczynałam w to wierzyć, co miało duży wpływ na brak poczucia własnej wartości. Nigdy nie brakowało nam pieniędzy, jednak tata był strasznym sknerą i wolał kolekcjonować pieniądze niż je wydawać. Mogłyśmy zapomnieć z siostrą o jakichś wakacjach. Tata był z pozoru dobrym człowiekiem, ale nie widział, że poprzez swój charakter i brak miłości, której nie dostał u siebie w domu, znęcał się psychicznie nad swoją rodziną.

Każde z rodziców skupiało się na swoim interesie i nawet nie zauważyli, kiedy ich drogi zaczęły się rozchodzić. Były dość częste kłótnie. Pamiętam straszne noce, kiedy tata jechał po towar, mama szła na nockę, a ja, jako 10 letnia dziewczynka, zostawałam sama ze swoją młodszą siostrą na noc w dużym domu. To było straszne. Bardzo się bałam. Potem było tylko coraz gorzej -  rozstania, powroty, rozstania, zdrady, kłamstwa. Aż po 12 latach małżeństwo moich rodziców się rozpadało. Mama poznała fajnego faceta o imieniu Tomek, który był Polakiem, ale mieszkał w Niemczech. Był zupełnym przeciwieństwem taty. Bardzo lubił dzieci. Właściwie to więcej uwagi poświęcał mi i mojej siostrze niż mamie, co było haczykiem, na który moja mama dała się złapać. Dla niej zawsze najważniejsze były dzieci. Od tamtej pory moje życie nabrało sensu, bo pojechaliśmy do Niemiec i mając 12 lat poznałam inne życie. Człowiek ten zaczął przez chwilę być moim tatą, którego tak naprawdę nigdy nie miałam. Zaczęły się fajne wakacje, zabrał nas do Francji i Disneylandu, Belgii, Holandii. Chodziliśmy na basen, do Mcdonalds, wesołych miasteczek, itd. Zaczęło mi się to bardzo podobać. Kiedyś Tomek zapytał mnie czy chcę aby on był moim ojcem i partnerem mojej mamy do końca życia. Moja odpowiedź brzmiała, że tak! Ale minął jeden dzień i zadzwonił mój tato z Polski. Nie chciałam z nim rozmawiać, wiedząc, że właściwie wyrzekłam się mojego prawdziwego ojca. Pamiętam jak poszłam do toalety i płakałam, bo gdzieś w sercu go kochałam. Wtedy też dowiedziałam się, że tata wstąpił do jakiejś sekty i ponoć się nawrócił. Było to dla mnie wtedy pozytywną wiadomością, bo mimo, że jak sądziłam - zgłupiał, to przynajmniej nie popełnił samobójstwa.
Kiedyś odwiedziła nas koleżanka mamy, która utrzymywała kontakt z tatą. Zapytała się dla żartów, kto jedzie z nią do Polski. Zgłosiła się moja 5 letnia siostra i stwierdziła, że chce jechać do taty. Było to  bardzo dla nas wszystkich dziwne, bo ona zawsze się go bała i była praktycznie nierozłączna z mamą. Dominika opuściła nas i od tamtej pory wszystko zaczęło sie sypać. Mama często kłóciła się z Tomkiem. Okazało się przy okazji, że ma on problem z alkoholem oraz że zdolny jest do wielu złych rzeczy. Mama pod namową telefoniczną taty, pojechała do Polski na jakiś obóz. Ja na ten czas zostałam w Niemczech i chodziłam do szkoły. Po tygodniu mama wróciła oznajmiając, że wracamy do Polski, bo... Bóg jej tak powiedział. Była to dla mnie najgorsza wiadomość, jaką mogłam wtedy usłyszeć. Podczas gdy ja zaczęłam układać sobie życie, poznawać znajomych, mieliśmy to wszystko zostawić. Byłam załamana! A kiedy dowiedziałam się jeszcze, że mama też wstąpiła do sekty gdzie należał tata,  stwierdziłam, że zrujnowała mi życie i zaczęłam czuć do niej nienawiść. Bałam się powrotu do Polski, ale przede wszystkim spotkania z tatą. Nawet nie wiedziałam czego mogę się spodziewać.

Kiedy weszłam do jego mieszkania, on rzucił mi się w ramiona jak małe dziecko i pierwszy raz w życiu powiedział mi te niesamowite słowa KOCHAM CIĘ córko. Zaczął przepraszać, że kiedyś nie był dla mnie ojcem i obiecał, że to się zmieni. Powiedział mi, że to Jezus powstrzymał go od popełnienia samobójstwa i to On dał mu nowe życie oraz obiecał, że odzyska rodzinę. Zauważyłam, że coś w tym jest. Tato wydawał się być całkiem innym człowiekiem. Byłam jednak wobec tego obojętna i starałam się to akceptować. W domu odbywały się codzienne modlitwy. Dużo ludzi zaczęło nas odwiedzać, a nawet u nas mieszkać, co spowodowało brak jakiejkolwiek prywatności. To było dla mnie straszne.
     
Mając 15 lat zechciałam poznać, co to tak naprawdę znaczy żyć. Z młodszą siostrą mojej mamy - Agą, która miała wtedy 17 lat, zaczęłam chodzić na imprezy, co bardzo nie spodobało się rodzicom. Kiedyś poszłam do baru i miałam być w domu o godz.23, jednak impreza się przeciągła i pod namową znajomych wyłączyłam telefon. W drodze powrotnej, około 2:30 spotkałam moją mamę, która poszła mnie szukać. Zaczęła na mnie krzyczeć, a ja postanowiłam, że nie będzie robić mi więcej takiej sceny. Rano pokłóciłam się z nią. Mama powiedziała mi, że jest to boży dom i nie mogę robić takich rzeczy, a jeśli coś mi się nie podoba to mam się wyprowadzić. Bardzo poważnie wzięłam sobie to do serca i spakowałam się, wyprowadzając się do babci, gdzie mieszkała Aga. Kiedy wychodziłam, mama na schodach powiedziała mi, że mnie bardzo kocha, a Jezus Chrystus jeszcze bardziej. Jakoś mnie to nie ruszyło i byłam raczej dumna z tego, że mogą być niezależna. Mieszkając u Agi bardzo zżyłam się z nią i polegałam na niej. Ona pokazała mi świat, poznałam  fajnych, szczęśliwych ludzi. Wszystko było super, gdybym nie dowiedziałam się, że Aga, moja najlepsza przyjaciółka, zostawia mnie, bo wyjeżdża do Anglii do pracy. Po raz kolejny osoba, której ufałam, zostawiła mnie. Znów musiałam poradzić sobie z tym sama. Wtedy zadzwonił mój tato, który zaproponował mi wyjazd do Niemiec z kuzynką Asią, do moich wujków na wakacje. Zgodziłam się. Podczas gdy oni chcieli sprowadzić mnie na dobrą drogę, my wraz z kuzynką jeździłyśmy na imprezy, a byłyśmy jeszcze niepełnoletnie. Poznawałam nowych, różnych ludzi. Wśród nich był muzułmanin, który nie umiał się później ode mnie odczepić. Wujek nie radząc sobie ze mną, wysłał mnie z powrotem do Polski. Byłam pewna, że idę znów mieszkać do babci, jednak tato nie pozwolił mi i powiedział, że dość już narozrabiałam i wracam do domu. A poza tym, za tydzień jedziemy razem na obóz chrześcijański. Ten tydzień był dla mnie najgorszy. Siedziałam sama w swoim pokoju przed komputerem, pisząc i żaląc się znajomym. Biłam się z myślami, wysłuchując cały czas tylko modlitw i piosenek. Wtedy powiedziałam pierwszy raz szczerze Bogu: wiem, że jesteś. Proszę zmień moje życie na tym obozie i postaw mi młodą osobę, która naprawdę idzie za Tobą, tak szczerze, bez żadnej ściemy.

Kiedy przyszło do wyjazdu pamiętam jak w wiadomościach wszyscy mówili, że przez Polskę na Mazurach miał przejść coś w stylu "tornado". A ten obóz, na który się wybieraliśmy, miał tam się właśnie odbywać. Jadąc w tamtą stronę widzieliśmy jak wszyscy wracali, a tylko my podążaliśmy do przodu.  Wtedy tato zapytał, czy jesteśmy gotowi umrzeć? Czy pójdziemy do nieba? Czy jesteśmy pojednani z Bogiem? My tak, a ty Daria?? Wtedy nie wiedziałam, co mam odpowiedzieć. Wiedziałam, że moja rodzina poszłaby do nieba, ale ja? Na pewno nie. Już wtedy moje serce powoli zaczęło się zmieniać. Najpierw poznałam Monikę, dziewczynę, która miała wtedy 18 lat. Miała się mną zająć, ale kiedy mnie zobaczyła, wystraszyła się. Mimo, że byłam 3 lata młodsza od niej, ubierałam się wyzywająco, nosiłam mocny makijaż i umiałam łatwo kogoś urazić. Tego nauczyłam się będąc w świecie. Ona była zupełnym przeciwieństwem mnie - cicha, poukładana, miła. Postanowiłam postarać się być dla niej w porządku. Pamiętam swoje pierwsze spotkanie młodzieżowe. Przyszła pewna kobieta, która miała je poprowadzić. Zaczęła od słów, że siedzi tu pewna dziewczyna, która uciekła z domu, ma problem z rodzicami i szuka Boga. Nie pamiętam wszystkiego, ale ona mówiła o mnie. Dzisiaj wiem, że była prorokiem i Bóg przez nią w tych paru zdaniach do mnie przemówił. Potem rozmawiałam z pewnym chłopakiem, który opowiedział mi swoje świadectwo, jak siedział w nałogach i BÓG go uwolnił. Zobaczyłam również, że są ludzie młodzi, którzy bawią się na imprezach bez alkoholu i innych używek, kochając z całego serca Jezusa. Była tam też Ewangelizacja, gdzie głosił słowo pewien nawrócony Amerykanin, a ja i inni roznosiliśmy ulotki o Bogu. Parę osób przyjęło wtedy Jezusa do swojego serca. To był niesamowity czas. Bóg dużo do mnie mówił. Pamiętam, kiedy wywoływano na środek chętnych by oddać życie Jezusowi, a ja pomimo, że zawsze tego chciałam, nie potrafiłam wyjść. Ale wiedziałam, że muszę to zrobić. Na ostatnim spotkaniu odważyłam się i doznałam uwolnienia z wszystkich grzechów. Zobaczyłam, że to za mnie Jezus umarł na krzyżu, że to ja powinnam tam wisieć, nie On. Wtedy bardzo zapragnęłam Jego obecności. Zaczęłam czytać Pismo Święte. Od tamtej pory moje życie się zmieniło i nie wracam do tego, co było. Robię to tylko wtedy, gdy mówię świadectwo. Wybaczyłam mojej mamie i pokochałam mojego tatę. Codziennie się też modlę. Mieszka u mnie mój brat w Panu, Adam, którego równeiż Bóg uratował. Kiedyś był złodziejem, a teraz jest uczniem Jezusa Chrystusa, tak jak ja. Mieszka u nasz również Monika, która jest moją  bardzo bliską siostrą w Panu, którą Bóg uwolnił z depresji. Prowadzimy otwarty dom, dla wszystkich, którzy pragną mocno Boga w swoim sercu. Teraz wiem, że Bóg dotrzymał wszystkich obietnic odnośnie naszej rodziny. Kiedy mój tato spotkał na swojej drodze Jezusa, modlił się o to, żeby przyjechała do niego córka, która kiedyś się go bała. Otrzymał wtedy zapewnienie, że nie tylko tak się stanie, ale odzyska rodzinę w komplecie i wszyscy będą służyć Bogu. Bóg wszystko wypełnił, On jest wierny swojemu Słowu!

Dzisiaj wiem, że znalazłam w końcu osobę i jednocześnie przyjaciela, który nigdy mnie nie zawiedzie i towarzyszy mi przez 24 godziny dziennie. Jest nim Jezus Chrystus!
   
           
 
               
   
     
ŚWIADECTWO NATALII Nie mogłam uwierzyć po ludzku co się dzieje.
Moi rodzice płakali i klęczęli na kolanach,
prosząc Boga o wybaczenie, a On ich uzdrowił.
Słowo Boże mówi: „Uwierz w Jezusa, a zbawisz
siebie i cały dom swój”.

Od tamtego czasu rodzice przestali pić i  nie mają ochoty na jakkikolwiek alkohol.
   
                 
                 
   
Bóg jest tak niesamowity, że czasami aż trudno mi uwierzyć, jakie cuda uczynił w moim życiu. Pochodzę z rodziny ateistycznej. Urodziłam się w małym miasteczku pod Zieloną Górą i tam wychowywałam się do dwudziestego roku życia. Moi rodzice byli uzależnieni od alkoholu, dlatego dzieciństwo, kojarzy mi się ze strachem i biedą. Był to trudny okres zarówno dla mnie, jak i mojego młodszego brata. Nie mieliśmy warunków, które zapewniłyby nam prawidłowe funkcjonowanie. Nasz świat zamykał się w małym pokoju z kuchnią, bez łazienki. Wiecznie brakowało nam pieniędzy, a jak już się jakieś pojawiły, rodzice tracili je na alkoholowe libacje. Dzieci w szkole naśmiewały się, bo nie było nas stać na podstawowe opłaty, takie jak: ubezpieczenie czy komitet rodzicielski.
Rodzice przeważnie byli zgorzkniali i smutni. Niestety nie pamietam zbyt wielu dobrych chwil w naszych relacjach. Pewnie dlatego, że nigdy nie usłyszałam od nich słów „kocham cię”, o jakichkolwiek pochwałach już nie wspominając. Okres przedszkolny spędzilam u babci, która mieszkala około godzinę drogi od nas. Kochałam ją nad życie i traktowalam jak moją mamę. Zawsze mnie wspierała i próbowała ochronić przed złem, które było w domu. Nie zastanawiałam się tak naprawdę nad istnieniem Boga, miałam to po prostu „gdzieś”. Bardziej martwiłam się o to, jak sobie poradzę z nauką i czy uda mi się spokojnie zasnąć w hałasie, jaki panował w domu. Przez to wszystko byłam bardzo skrytą osobą i nie lubiłam rozmawiać z ludźmi. Jak szara myszka wolałam zaszyć się w kącie i nie rzucać się nikomu w oczy. Z biegiem czasu zaczęłam znajdować pocieszenie w marihuanie i alkoholu.  Robiłam wszystko żeby tylko poprawić sobie humor. Pozwoliłam na to, by te używki przejęły kontrolę nad moim życiem. To z kolei, doprowadziło mnie do depresji i myśli samobójczych. Myślałam tylko o tym jak w szybki i skuteczny sposób się zabić. Zbliżając się do pełnoletności, zamiast beztrosko cieszyć się życiem, zastanawiałam się tylko nad tym jak uciec z domu i usamodzielnić się. Na szczęście babcia zawsze wyczekiwała mnie z otwartymi ramionami.
Od dziecka uwielbiałam śpiewać, a kiedy skończyłam piętnaście lat, regularnie ćwiczyłam emisje głosu i wyjeżdźałam na różne przeglądy piosenki. Stało się to moją pasją, którą kontynuuję do dzisiaj. W szkole średniej, ksiądz Janusz, który uczył mnie religii, zaprosił mnie do małej grupy muzycznej śpiewającej w kościele. Z chęcią do nich dołączyłam. Z czasem nagraliśmy płytę i ruszyliśmy w trasę koncertową po różnych diecezjach na Ziemi Lubuskiej. Choć było to ciekawe i inspirujące doświadczenie, nie odnalazłam tam Boga.

Wszystko zmieniło się kiedy w kościele pojawił się młody, charyzmatyczny ksiądz Jarek. Mówił kazania tylko na podstawie Pisma Świętego. Byłam bardzo poruszona i postanowiłam uczęszczać na wszystkie msze, które odprawiał. Czułam się tak zbudowana, że gdzieś tam w środku uwierzyłam, że Bóg jednak istnieje. Mimo wszystko moja prawdziwa przygoda z Bogiem rozpoczęła się w Odnowie w Duchu Świętym, charyzmatycznej grupie, która działa przy moim kościele. Zaczęłam studiować słowo Boże i uczęszczać na różne kursy. W końcu nadszedł taki moment, że zdecydowałam się oddać życie Bogu. Było to tak wspaniałe uczucie zarówno duchowe jak i fizyczne, że naprawdę ciężko mi to opisać słowami. Bóg dotnął mnie tak mocno, że potrafiłam godzinami płakać i przepraszać Pana za mojąniewiarę i wszystkie
     
nałogi, którym uległam. Miałam wrażenie jakby ogromna fala miłości rozlała się po całym moim ciele i rozpalała mnie całą w niesamowity sposób. Było to coś cudownego. Pierwszy raz czułam, że jestem kochana miłością bezwarunkową. Kiedy miałam osiemnaście lat zmarła moja babcia. Poczułam się jak sierota, ale Bóg nieustannie mnie wspierał. Przestałam palić marihuanę i pić alkohol, zmieniłam towarzystwo, w którym się do tej pory obracałam. Wiele rzeczy zaczęłam widzieć w zupełnie innym świetle. Wkroczyłam na nową drogę, a Bóg niesamowicie prowadził mnie krok po kroku. To było po prostu czadowe! Niestety moi rodzice potrafili tylko narzekać. Twierdzili, że jestem nienormalna i nazywali mnie sekciarą. O innych określeniach już nie wspomnę. Było mi trudno, ale dzielnie szłam do przodu. W tym wszystkim ksiądz Jarek był dla mnie duchowym wsparciem. Z czasem rzeczy stawały się łatwiejsze, a ja zapragnęłam prawdziwie nowego życia. Bóg w niesamowity sposób zmienił i oczyścił mnie, co zaczęli dostrzegać równiez moi znajomi. Dostałam swoją pierwszą Biblię i codziennie studiowałam słowo Pana. Pragnęłam być tylko bliżej Jego Łaski.
Po niespełna roku, razem z księdzem Jarkiem i innymi przyjaciółmi, przenieśliśmy się do kościoła, który jeszcze pełniej zaspokajał głód Bożego Słowa. To było to, czego potrzebowałam. Czułam się bliżej Boga niż kiedykolwiek wcześniej. Pomimo tego, że musiałam zrezygnować z zespołu, ponieważ ksiądz prowadzący został przeniesiony do innej parafii, słowo podnosiło mnie i motywowało do tego żeby się nie poddawać i nadal rozwijać swoją pasję. Bezustannie odczuwałam głód Boga i zapragnęłam dzielnić się moim szczęściem z innymi. Zaczęłam mówić o Jezusie moim rodzicom, pomimo tego, że strasznie mnie za to wyzywali. Po pewnym czasie nie mieli już siły ani ochoty żeby odpowiadać na moje prośby i błagania by się nawrócili. Oznajmili zatem, że pójdą ze mną na nabożeństwo, pod warunkiem, że obiecam im przestać mówić o Bogu. Pan sprawił cud! Wiedziałam, że skoro zgodzili się pójść do kościoła, to nie ma opcji, żeby się nie nawrócili. Po prostu po kazaniu pastora, wyszli do przodu i poprosili o modlitwę o oddanie życia Bogu. Niesamowite! Nie mogłam uwierzyć po ludzku co się dzieje. Moi rodzice płakali i klęczęli na kolanach, prosząc Boga o wybaczenie, a On ich uzdrowił. Słowo Boże mówi: „uwierz w Jezusa, a zbawisz siebie i cały dom swój”. Od tamtego czasu rodzice przestali pić i  nie mają ochoty na jakkikolwiek alkohol. Wzrastają w Panu i uczą się kroczyć z nim dzień po dniu. Teraz słowa „Kocham Cię” można często usłyszeć w moim domu, a my tęsknimy za sobą każdego dnia.
W niedługim czasie mój brat, który głęboko wszedł w satanizm i bił mnie jak tylko mówiłam o Bogu, również oddał swoje życie Jezusowi i zaczął kroczyć Jego śladami. To jest naprawdę niesamowite. Prawdziwy Boży cud!
Zaraz po maturze wyjechałam na studia do Poznania. Skończyłam anglistykę z hiszpanistyką. Mieszkam tu i pracuję. Obecnie mam dwadzieścia sześć lat i wzrastam we  wspaniałym kościele chrześcijańskim - ARKA. Od prawie dwóch lat śpiewam w grupie gospel „Regeneration and Brian Fentress”. Jesteśmy młodymi ludźmi, którzy poprzez swoje talenty głoszą Dobrą Nowinę o Jezusie Chrystusie. Bóg niesamowicie o mnie zadbał. Dzięki Niemu jestem prawdziwie szczęśliwa. Dzięki Ci Jezu!